Nie twierdziłem przecież że jest więcej niż dobry. Na pewno nie jest to jakiś film artystyczny, ze szczególnie głębokim przesłaniem, dla mnie ważniejsze od samego wątku detektywistycznego było obecne tam studium zachować poszczególnych osób. Ten film w bardzo zwyczajny sposób pokazuje do jakiego stopnia można mieć zryty beret po powrocie z wojny. Nic nadzwyczajnego, ot życie, po prostu dobrze mi się go oglądało ze względu na wspomnianą już grę aktorów na poziomie. Nie dostrzegłem zbyt wielu "filmowych" schematów, ludzie rozmawiają ze sobą zwyczajnie, bez utartych stereotypowych odzywek. Co do samego Tomme Lee Jonesa, nie znam za dobrze tego aktora, to pierwsza jego rola, którą zapamiętam (tak - nie oglądałem "Ściganego"

).
Jeśli chodzi o patos, nawet jeśli jest obecny, to IMHO w śladowych ilościach w porównaniu z jakimkolwiek innym obrazem produkcji amerykańskiej dotyczącym ich armii. Najbliższe skojarzenia, jeśli chodzi o sposób pokazania mentalności żołnierzy miałem z "Jarhead". Nie ma co porównywać do pierwszego z brzegu Black Hawk Down, gdzie twardziele i bohaterowie na wyścigi sypią twardymi gadkami przy odgłosach wybuchów i z łopotem sztandaru w tle. Zresztą, to zupełnie inny gatunek filmu.
Nie odebrałem go również jako manifestu pacyfistycznego, czy antybushowskiego. On IMHO w zwyczajny sposób pokazuje, jak wojna zmienia ludzi, jakie rzeczy mogą się w konsekwencji tych zmian wydarzyć, bez wielkich scen, bez wydumanego heroizmu, bez teatralnych gestów i krzyków rodem z seriali wenezuelskich. Taki, a nie inny odbiór to oczywiście moja osobista interpretacja, nie mam pojęcia na ile zgodna z intencjami twórcy filmu. I zwyczajnie dobrze mi się go oglądało (co w moim przypadku dość rzadko się zdarza, w ogóle rzadko oglądam filmy, bo w większości z nich razi mnie zbyt dużo rzeczy, czym dość często doprowadzam do irytacji towarzyszy seansu, bo zwyczajnie czepiam się szczegółów psując innym odbiór, a już zwłaszcza dotyczy to produkcji o tematyce militarnej, czy co gorsza lotniczej). W tym filmie nic podobnego nie rzuciło mi się w oczy, więc uznałem go za godny polecenia.
Zresztą Jascha - jakie głębsze przesłanie może nieść film o wojnie? Wszyscy w miarę świadomi ludzie od dawna wiedzą, że król jest nagi. Wojna = zabijanie, w tym chyba wyczerpuje się wszelkie możliwe przesłanie, potraktowane jako zwyczajna konstatacja faktu, a nie jako osąd moralny (kogo i na jakiej podstawie?), czy naiwny apel "słuchajcie ludzie, wojna jest be więc nie zabijajmy się już i kochajmy nawzajem". Najlepiej podsumował to przyjaciel Kurta Vonneguta, kiedy ten powiedział mu że książka, którą pisze, "Rzeźnia numer pięć" ma być książką antywojenną. Zapytał go wtedy "Dlaczego nie napiszesz książki przeciwko lodowcom?". Tak przynajmniej ja to widzę, dawno pozbyłem się jakichkolwiek młodzieńczych nadziei pokładanych w gatunku ludzkim, który uważam za spaprany i pożałowania godny, dlatego najlepiej w wypadku filmów o tematyce wojennej przyjmuję te utrzymane właśnie w tonie wspomnianej "rzeźni..", czyli "zdarza się", albo "zdarza się i tak" przyjęte jako komentarz dla zaistniałych sytuacji. Podobnie odebrałem i ten film, nie jako taki, który stawia sobie za cel zmienić coś, wpłynąć na ludzi, czy choćby wycisnąć kilka łez, tylko taki, który po prostu pokazuje jak może potoczyć się życie ludzi, którzy otarli się o działania wojenne.