Zgadzam się też, że trudno oddać pracę pilota, choć jest jeden wyjątek, ten o rejsowym pilocie pijaku, nie pomnę tytułu...
Zapewne chodzi o bohatera powieści Roberta P. Davisa "Pilot", w którego wcielił się Cliff Robertson w filmie pod takim samym tytułem z 1980. Książkę czytałem, film widziałem. Nie jest to co prawda "Stracony weekend" Wildera o pisarzu alkoholiku, ale też robi wrażenie. "Lot" z Denzelem Washingtonem z 2012 to chyba remake. Nie widziałem, więc nie jestem pewien.
Dalej z cyklu "Panowie, szanujmy wspomnienia": artykuł "Jak powstaje film lotniczy" był publikowany na ostatniej, kolorowej, stronie "SP" w dziale "Rakietą po świecie". Przypominam sobie co najmniej dwie fotografie: czarno-białą z Cruisem obejmującym Kelly McGillis (stał z tyłu za nią, chyba oboje ubrani byli w lotnicze kurtki) i kolorową z Tomcatem startującym z katapulty.
Z tych pięknych lat 80. pamiętam jeszcze wypowiedź Cruise’a (bodajże zamieścił ją tygodnik filmowy "Ekran"; kurcze, teraz mi się przypomniało, że miałem ją wycietą z gazety i przyklejoną do wewnętrznej strony drzwiczek mojego szkolnego biurka), że są tylko cztery zawody godne prawdziwego mężczyzny: prezydent, pilot odrzutowca, aktor i gwiazdor rocka. No cóż, aktor Cruise jest także pilotem, "śpiewać każdy może", a Ronald Reagan już przetarł aktorom drogę do Białego Domu (żeby tak jeszcze Cruise nie był scjentologiem...).