Dla mnie R1 miał warstwę i psychologiczną i społeczno-polityczną.
Ale uproszczoną "do bólu"...
...pojedynek dwóch weteranów...
Obawiam się, że ten "pojedynek weteranów" dostrzegasz tylko dlatego, że znasz literacki pierwowzór i sobie pewne sceny dopasowałeś do obrazu, który utworzyła w Twoim umyśle lektura tej powieści. Dla widza, który nie zna
oryginału postać szeryfa jest zupełnie pod tym względem nieczytelna, a z tego pojedynku w powieści w zasadzie nic nie zostało.
Natomiast na TG1 patrzę też z sentymentem. Za gówniarza po takich filmach siadało się do ZX Spectrum i cięło w symulatory
, szczególnie jak nad domem latały radzieckie samoloty i średnio 10x dziennie był grzmot przejścia bariery dźwięku (teraz to bym dopłacił za taki ruch, takieg sprzętu na niebie, jak był wówczas...). Jednak to czysta propaganda przepleciona romansidłem i dość kiczowatymi scenami, nazwijmy, je "romantycznymi". Dwójkę pewnie obejrzę jak trafi do telewizji. Zgadzam się też, że trudno oddać pracę pilota, choć jest jeden wyjątek, ten o rejsowym pilocie pijaku, nie pomnę tytułu...
Dalej jednak nie zgodzę się z tą "kiczowatością" TG1... chyba, że odnosisz to ogólnie do "kiczowatości" amerykańskiej kinematografii - bo ona taka była i jest. Jest schematyczna, uproszczona i patetyczna, bo jest... dostosowana do ichniego odbiorcy. Inna sprawa, że u nas dzisiejszy odbiorca też jest już podobny. Po prostu należymy do innego pokolenia, wychowanego na innym kinie, często na produkcjach, które niemożliwość rozmachu i "efektów" musiały nadrabiać warstwą fabularną i grą aktorską, ale też wychowanym na produkcjach z lat wcześniejszych (nieco innych). Do tego dodaj, że jako zainteresowani tematyką dostrzegamy to czego nie dostrzega "przeciętny widz".
Ale przypomnij sobie dlaczego jednak swego czasu podobały nam się te amerykańskie filmy... bo zawierały właśnie rozmach, sceny i efekty których nigdzie indziej nie mogliśmy oglądać itd. Ja TG1 odbieram dobrze, choćby dlatego, że gdy go widziałem po raz pierszy (a jakże na pirackiej kasecie VHS) to porównywałem to właśnie z
Żelaznym Orłem (kicz i głupota) - dlatego TG1 nie wydał mi się kiczowaty i bezsensowny. Jak dla mnie "typowa amerykańska produkcja", która jednak zachowała pewien umiar w tym wszytskim... dlatego moja ocena tego filmu jest dobra.
Pamiętam, że kiedyś zrobiłem eksperyment (zresztą też na własnej żonie, ale nie tylko), po tym jak "hitem" był "Pearl Harbor" namówiłem parę osób do obejrzenia "Tora, Tora, Tora" oraz "30 sekund na Tokyo" i wiesz jaki był efekt... te ostatnie, choć przecież 10x lepsze okazały się dla nich nudne. Jesteśmy po prostu innym rodzajem odbiorcy tego typu filmów.