Dobra to może inaczej - kino ogólnie leży. Amerykańskie produkcje obfitują w sequele typu 10 woda po kisielu i remaki, wszystko jest przesycone efektami CGI, które kryją mierną fabułę i kiepską reżyserkę. Co zapowiedziano na ten rok? Nowy Superman, Star Trek, Kapitan Ameryka... Zapewne będą to fajne i zabawne filmy, ale nic, co urwie głowę. Gdybym miał wymienić filmy z zeszłego roku, które zrobiły na mnie wrażenie to byłyby to Django, Anonymous, Coriolanus i John Dies at the End (tego pewnie nie znacie, ale polecam). Reszta to typowe superprodukcje nastawione na efekciarstwo i obowiązkowo w 3D. Niby są dobre filmy, ale jak wrócę do klasyków kina typu Czarny Czwartek w Blackrock, Niagara, Chinatown, czy nieco nowsze Brick, to mamy totalny upadek sztuki robienia dobrych filmów (i nie mówię tu o samym artyzmie), na rzecz komerchy. Zresztą widać kto jest na topie - J. J. Abrams i Michael Bay. Ałć!
Dziś z kumplem w pracy dyskutowaliśmy o dobrych horrorach, takich gdzie widz naprawdę się boi, ale nie chodzi o repulsywne gore... Padła seria Obcy i Event Horizon. Tyle. A przecież tego gatunku emituje się na potengę.
Teraz wróćmy nad Wisłę. O budżetach podobnych do zachodnich można pomarzyć. Odpadają więc film akcji, kostiumowe i historyczne, bo w ich wypadku można liczyć na najwyżej na przesyt słabego CGI. Scenariusze są pisane przez jakichś matołów, jak np wspomniany Kloss, czy 1920. Jedyne co nam w miarę wychodzi, to poważne filmy o ciężkich problemach. W Polsce nie jest trudno pokazać ciężkie pato, zwłaszcza że filmówka jest w Łodzi... i to w mało przyjemnej okolicy. Problem w tym, że te filmy są ciężkie i może zmuszają do refleksji, ale to tyle. Próżno liczyć na cokolwiek w temacie dobrej rozrywki, a przecież za komucha polskie komedie były king. Pozostają więc jeszcze produkcje z pogranicza - np Kret - był nudny, smętny i przewidywalny do bólu, z plakatem zerżniętym ze Ściganego, który ciężko wprowadzał potencjalnego widza w błąd i takie filmy dominują. Pozytywnie zaskoczył Jesteś Bogiem, bo w końcu mamy swoją 8 Milę, szkoda tylko, że historia opowiedziana w filmie dość znacząco mija się z prawdą, ale kto pamięta tamte czasy?
Podsumowując mamy tak:
- Komedie - można sobie odpuścić, bo wiadomo, Wyjazd Integracyjny.
- Ciężkie dramaty - jak ktoś nie ma dość tego co za oknem, w pracy i w TVNie, to zapewne wzruszy się kolejnym filmem o biciu żony, nastoletnich ciążach, czy puszczaniu się za hajs - można to przegryźć popcornem i zapomnieć 5 minut po seansie.
- Pseudo-historyczne widowiska kręcone pod wycieczki szkolne, ze scenariuszem pisanym przez ludzi, którzy nie mają o opisywanych wydarzeniach zielonego pojęcia i z efektami specjalnymi za "złoty dwajścia dziewięć" (awans!).
Kryminałów nie ma, dramatów sądowych też nie, bo polskie sądy to w dużej mierze już dramat, sci-fi, thrillery, slashery, horrory nad Wisłą też nie goszczą. Jak chce się iść do kina ze znajomymi, bo ile można pić w domu, to coś się znajdzie i będzie pewnie fajnie, ale na tej zasadzie to ja się dobrze bawiłem na jakimś Resident Evil.
Jak oglądałem Anonymous, to pomimo wydumanej fabuły (a temat akurat znam dobrze), podziwiałem intrygę, dbałość o szczegół i pasję z jaką to było zrobione. W Coriolanusie chłonąłem każde słowo tekstu i nadziwić się nie mogłem jak sprawnie to zostało uwspółcześnione. Django i wspaniały Christoph Waltz wywołały u mnie gigantycznego banana na twarzy i aż pokochałem Niemców. Kompletnie za to rozwalił mnie John Dies at the End, bo to niskobudżetowa produkcja, ale jednak pokazuje, czego można dokonać, jak się ma dobry pomysł na scenariusz i zryty beret.
To teraz pokażcie mi takie wrażenia w jakimś polskim filmie. Bo mnie przychodzi sporo do głowy, ale to wszystko jakoś sprzed 20 lat.