Byłem, widziałem, zupełnie nie podzielam zachwytów nad tym filmem. Powiem więcej - uważam, że film to kompletne nieporozumienie.
Ta produkcja to połączenie niskobudżetowych filmów wojennych z lat 60 z kompletnymi głupotami reżyserskimi a la Nolan (vide równoległe perspektywy czasowe). Zdjęcia są niezłe, ale to naprawdę żadne osiągnięcie w XXI wieku. Warstwa dźwiękowa jest skopana - początkowo podobała mi się sekwencja ataku Sztukasów gdzie faktycznie ryk trąb jerychońskich robił duże wrażenie. Niestety cała sztuczka polega tylko na wzmocnieniu, co więcej dźwiękowiec nie skręcił gałki przez cały film. I tak w czasie ataku na Heinkla filmowanego kamerą z kokpitu Spita słychać z kilkuset metrów słychać MG17. Co więcej, ten MG17 ma filmową szybkostrzelność przy której działko Bofors 40 mm jest demonem prędkości. Nie wiem, może chodziło o efekt Dopplera (w końcu naukowy "background" to podstawa u Nolana

), ale wyszło odwrotnie niż powinno...
Kompletnie nie rozumiem użycia prawdziwych samolotów. Efekt jest taki, że skala filmu jest śmieszna, walki powietrzne są denne (sprowadzają się do latania po prostych z lekkimi zakrętami, zero walki w pionie) bo wiadomo, że nikt nie poleci prawie osiemdziesięcioletnimi samolotami tak jakby zależało od tego jego życie. Dodatkowo żółtopyski Buchon stylizowany na Emila straszy co chwila w lusterku. Wiadomo, w 1969 to było "wow!", teraz to już straszliwie trąci myszką.
O takich głupotach jak eksplodująca ropa naftowa czy zestrzeliwanie atakującego Sztukasa przez pozbawionego napędu Spita nie wspomnę bo to już koledzy wyżej wymienili. W każdym razie widać było, że Hardy'emu nie skończyło się paliwo, ale po prostu zgubił silnik

Paradoksalnie najstrawniejszą częścią filmu jest rejs Moonstonem (i jego kapitan). Hardy'ego prawie nie ma (a to jest rewelacyjny w moim mniemaniu aktor), Branagh chyba nie wiedział gdzie jest bo gra tak jakby tylko czekał aż będzie mógł zadeklamować coś z "Makbeta" czy "Koriolana". Reszta jest kompletnie pomijalna.