Autor Wątek: Korpus Piechoty Opancerzonej  (Przeczytany 16165 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #15 dnia: Kwietnia 29, 2019, 09:02:28 »
Niecierpliwie czekam na cały rozdział
Cytat: Sir Fred Hoyle
Space isn't remote at all. It's only an hour's drive away, if your car could go straight upwards

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #16 dnia: Kwietnia 29, 2019, 11:25:28 »
Jasne że będę o tym pamiętał. Wezmę 80 tysięcy jak nic lol.
« Ostatnia zmiana: Kwietnia 29, 2019, 20:08:27 wysłana przez KosiMazaki »

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #17 dnia: Kwietnia 29, 2019, 12:13:48 »
Ups , nie mogłem zedytować poprzedniego posta. Proszę któregoś z Bogów o złączenie :)


Fajny fragment poniżej:



   Budziłem się dobrą godzinę. Sen nie dał mi niczego poza potwornym kacem. Często tak bywa po połączeniu. Szczególnie takim wykonanym niechlujnie i na szybko.
Ból głowy zlokalizował się gdzieś między oczyma, na głębokości kilku centymetrów. Z dzieciństwa pamiętam taki rodzaj bólu – gdy zbyt łapczywie pochłaniało się lody, tyle że wtedy ustępował on po kilkunastu sekundach.
Trzeba coś zjeść.
Wyszedłem z kwatery na korytarz oświetlony delikatnym światłem. Na podłodze ostro odcinały się zielone linie ewakuacyjne. Ktoś kiwa głową na powitanie, inny się uśmiecha, kolejny salutuje.
Tym którzy salutują patrzę w oczy i oddaje honory. Oni mnie traktują jak swojego, w przeciwieństwie do krągłobrzuchych. Traktują mnie jak swojego, bo do mnie strzelali, i wiem, jak to jest.
Po chwili jestem na stołówce. W nos uderza mnie odwieczny zapach towarzyszący takim obiektom, mieszanina zapachu gotowanych kartofli, rosołu i pomyj. Potrafimy grzebać w układzie nerwowym, a nie potrafimy sobie poradzić z zapachem. Wot tjochnika.
Wierzbowski siedzi przy stoliku pod ścianą z głową opartą na rękach. Wygląda dokładnie tak jak ja się czuję. Wstyd się przyznać, ale poprawiło mi to nieznacznie nastrój. Odsunąłem krzesło i usiadłem.
Spojrzał na mnie oczyma królika-albinosa.
- Widzę, że się wyspałeś Stasiu? – zadaje retoryczne pytanie.
- Weź… Zabezpieczyłem Ci śniadanie – odpowiedział przesuwając tacę w moją stronę.
- A dziękuje.
- Zauważyłeś już? – zapytał.
- Chodzi o SturmbahnFuhrera Trenz’a?
- Ta.
- Jego sprawa.
- Ta.
Dwa stoliki dalej siedzi Manfred. Ogolony, wyprasowany, jakby się urwał z plakatu werbunkowego.
Wehrmachtu.
No dobra, jestem trochę uprzedzony.
Naprzeciwko Manfreda, Pani Magdalena. Ubrana w różowe bojówki, wściekle niebieski topik, jakieś tenisówki. Z dwoma warkoczykami typu Czarodziejka z Księżyca.
Rozanielona, szczeka coś po niemiecku, bawiąc się niesfornym loczkiem. Manfred mruży oczy, przekrzywia głowę, potem się uśmiecha i odpowiada.
- Pozwolimy na to? – pyta Wierzbowski.
- Ta. Będzie miała zajęcie to się od nas odczepi – stwierdzam, walcząc z kawałkiem kanapki.
- Albo i nie – odpowiada Staszek.
- Albo i nie.
- Fajnie wygląda zouza, naprawdę…
- Tak, tak, tak, wiem. Pojechałbyś ją bez litości i tak dalej.
- Wcale nie. Chciałbym ją przytulić– z bezczelnym uśmiechem zakończył. – Kurde, przecież to jedyna sensowna kobieta w całej bazie.
- Mogłaby być Twoją matką, gówniarzu. No.… prawie.
- ..., bo najbardziej kochamy, młode mamy - Wierzbowski kończy wątek.
Żuję oporną kanapkę, bezmyślnie przyglądam się przechodzącym. Po raz pierwszy czuję, że mam dosyć pancerzy. Dosyć zabaw z układem nerwowym, dosyć Korpusu i generalnie dosyć wszystkiego. Najnormalniej w świecie czuje się zmęczony. Może rzeczywiście trzeba odpocząć.
Przez ułamek sekundy zaświtała mi w głowie zdradziecka myśl – porozmawiać z Magdą. Niedoczekanie. Semper durex, czy jak to tam było.
Dopijam kawę. Czuje się odrobinę lepiej.
Dostrzegam w oddali zagrożenie. Kapitan Pigulski właśnie napełnia swoją tacę, a to nie jest taka prosta sprawa. To nie zdrowe, to tuczące, to mało trendy.
- Staszek, przesuń się tak żeby mnie zasłonić. Kapitan Wuzetka. Nie jestem chyba gotowy na rozmowę z nim.
- Nigdy nie byłeś – odpowiada z ironicznym uśmiechem, przesiadając się na drugie krzesło. – Widzisz, dlatego lepiej jest być szeregowym.
Pigulski idzie w moim kierunku, mija nasz stolik o metr całkowicie skoncentrowany na swojej tacy.
- Polazł do Ani-Kasi – relacjonuje Staszek.
- Jedna mafia. Spadamy, Nowakowski ma nowy kernel, nagrzebał coś w algorytmach celowniczych. Trzeba będzie przetestować – mówię do Staszka.
- Na żywca? – pyta.
- Tak. Podniósł częstotliwość klastra procesorów obsługujących system celowniczy i zwiększył chłodzenie. Teoretycznie na pełnej wydajności można zakolejkować i zaatakować w ciągu sekundy trzy niezależnie poruszające się cele.
- A praktycznie to powyrywa nam ręce ze stawów, tak?
- Jest taka możliwość. I to właśnie sobie sprawdzimy.
- Wiesz co Tarnawski? Jesteś tak popierdolony, że jak to wszystko się skończy kiedyś, to zostaniesz moim kumplem. Panie Kapitanie, Sir, Wasza Wysokość.
Uśmiecham się szeroko.
- Za dziesięć minut na Łączce Pułkowników.

Łączka Pułkowników.
Trzysta na trzysta metrów pagórków, betonowych ringów, elementów statków Obcych, porozpruwanych czołgów i samochodów. Miejsce, w którym Szarże mogą się poczuć przez chwilę jak… ‘cholerne primadonny z puszek’.
Z jedną drobną różnicą – nie zdarzyło się jeszcze, aby ostrzelany betonowy ring odpowiedział ogniem, co wcale nie oznacza, że łączka nie była świadkiem tragedii.
Pewien żądny wrażeń Major, rozrzucił pole minowe według własnego wzoru.
Dosyć przypadkowego.
To był pierwszy błąd, wspomaganie taktyczne zrobi to precyzyjniej, skuteczniej i bezpieczniej. W ferworze walki z Morderczymi Betonowymi Kręgami z Marsa, Pan Major wlazł w środek własnego pola minowego.
To był błąd numer dwa. Do dziś jest tajemnicą jak udało mu się to zrobić, wspomaganie podnosi raban jak tylko operator ustawi się przodem w stronę uzbrojonej zapory. Nawet pancerz klasy Turrican ma swoje ograniczenia. Miesiąc później dostał dwie śliczne, nowe nogi z napisem Rytheon, Made in USA.  Na koszt MSW.
Połączenie poszło gładko.
Wskakuje na resztki PT-91. Siadam po turecku na pokrywie włazu. Wywołuję konsolę.
W polu widzenia pojawia się półprzezroczyste okno terminala.
Przez głowę przelatuje mi „prawie jak Matrix”.
Przyszłość jest teraz.
Dwadzieścia lat temu zaczytywałem się „Wieczną Wojną” Haldemann’a i „Posleenami” Johna Ringo. Nigdy, nawet przez ułamek sekundy nie pomyślałem, iż zobaczę kiedyś pancerz wspomagany.
Przyszłość nie zapukała grzecznie do drzwi. Ona je wywaliła z działka plazmowego. Razem ze ścianą.
A ja dowodzę drużyną pancerzy wspomaganych o jakich się ani Mandali, ani O’Nealowi nawet nie śniło. Literatura fantastyczno-naukowa w dzisiejszych czasach dezaktualizuje się nad wyraz szybko.
Dobra, do roboty. Update można zrobić zgodnie z regulaminem, albo szybko.
Zrobienie metodą pierwszą gwarantuje iż wszystko się wywali przy pierwszym bojowym użyciu. Zrobienie metodą drugą może się skończyć porażeniem pnia mózgowego i wymaga praw dostępu, których nikt nie ma.
Teoretycznie.
Jedziemy.

Turrican Mk2. SN:00028 Login:
root
Enter password:
12345678
“Good mornig The Creator, be carefull “
#bash Turrican Mk2. SN00028:
#bash Turrican Mk2. SN00028: cd /usr/src/kernel
#bash Turrican Mk2. SN00028: /usr/src/kernel make nowak_imprvd_targeting.src && make modules_install
Operation completed without errors.
#bash Turrican Mk2. SN00028: /usr/src/kernel/ insmod nowak_imprvd_targeting.o --verbose
Module loaded, kernel updated, kernel size optimization.
#bash Turrican Mk2. SN00028: /usr/src/kernel/lsmod | grep nowak
Nowakowski_imprvd_targeting.o running
Teraz dosyć stresująca chwila, przeleciało mi przez głowę.
#bash Turrican Mk2. SN00028:/etc/rc.d/init5/cortexdemon restart
Błysk w uszach, huk w oczach, smak w nosie i zapach na jezyku. W sumie nie taka zła kombinacja tym razem, zdarzają się gorsze.
Bio-neural mapping update
################### 100%
Cortex mapper update
################### 100%
Neural Calibration pattern might be altered, use old data? (Y/N)
Y
Finished without errors.
#bash Turrican Mk2. SN:00028:  quit
Session terminated.

I już. Jeszcze żyję. Poczekajmy na Staszka.
Palcami lewej dłoni badam powierzchnię wieży czołgu. Metal rękawicy dotyka metalu wieży, a ja czuję fakturę powierzchni jakbym dotykał jej własną ręką. Niesamowite.
Pancerz wspomagany to suma najnowocześniejszych technologii, dających zadziwiające możliwości, a mnie nieodmiennie fascynuje to jak wspaniale technologia okłamuje milion lat ewolucji układu nerwowego.
Natrafiam na bliznę po trafieniu. Ma brzegi ostre niczym brzytwa.
Pamiętam tą misję. To był początek. „Twarde” całkiem sprawnie sobie poradziły z desantem Redneck’ów. Zaprojektowane do innej wojny z innym przeciwnikiem, doskonale poradziły sobie w sytuacji, której raczej nikt nie przewidywał projektując T-72 pół wieku wcześniej. Typowe dla radzieckiego sprzętu. Ten konkretny wóz dostał w ciągu sekundy piętnaście czy dwadzieścia trafień.
Właz dowódcy odpadł, potem pojawił się… Pojawił się żywy trup. I tego się trzymajmy. Nie miał rąk. Skauteryzowane rany nie krwawiły. Jego czarny kombinezon stał się trupio szary w wyniku działania promieniowania.
Popatrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem i wycharczał: „Pomóż mi człowieku, pomóż mi”.
A potem od pasa w górę zniknął. Reszta wpadła do wnętrza wozu.
Obok mnie stał Hollyfield.  Jego broń dymiła, nad lufą drgało rozgrzane powietrze.
Na otwartym kanale powoli wycedził: „Niech Bóg go ma w opiece. Zapamiętajcie sobie dobrze co widzieliście, dzieciaki. Jest wiele gorszych rzeczy od śmierci. Jedną z nich jest strzelanie do swoich towarzyszy. Wy tego nie doświadczyliście. Mnie się zdarzyło kilka razy w ciągu ostatnich trzydziestu lat. I nich tak zostanie. Kapitanie, proszę zaprotokołować, iż o 12:17, Sierżant Hollyfield z pobudek moralnych zastrzeli śmiertelnie rannego dowódcę wozu numer…”.
Koszmar.
Nikt nigdy nie zakwestionował zasadności działania Hollyfield'a.
Pamiętam, jak Witek skwitował to słowami: ”Chciałeś na linię, to masz. Albo się do tego nadajesz albo spierdalaj i nie przeszkadzaj. Odmaszerować.”
A chwilę później cicho dodał: „Idź się ochlać, tak do zarzygania. Zapraw się w piętnaście minut do nieprzytomności. Pomaga.”
I wiecie co? Pomogło.
- Prrrrrrrrrrrt. I już nie żyjesz. – usłyszałem za plecami Wierzbowskiego. Skurczybyk jest chyba jedynym operatorem, który potrafi się skradać w pancerzu. Wyłącza większość podsystemów, przestawia motorykę na najniższą wydajność, chłodzenie reaktora zaczyna działać w trybie konwekcyjnym, a Wierzbowski się skrada.
- Nieźle, tyle że całą bojową sensorykę mam nieaktywną.
- Dlatego się skradałem, w innym przypadku to by było bez sensu. Co robimy?
- Moduł skompilujesz sam czy mam to zrobić?
- Zrób, nigdy nie byłem linuksiarzem.
- To nie Linux, tylko popłuczyny po Unixie.
- Jeden pies, nie ma ikony Mój komputer, to musi być Linux.
- Dobra, zaczynamy.
Zalogowałem się do pancerza Wierzbowskiego, powtórzyłem operacje, które chwilę wcześniej wykonałem u siebie. Już miałem aktywować moduł, gdy naszły mnie wątpliwości.
- Muszę o coś zapytać Jajogłowego. Ciężko by mi się żyło ze świadomością tego, że zrobiłem z Ciebie roślinę.
Wybrałem Nowakowskiego. Po chwili usłyszałem zaspany głos. Ten koleś chyba zawsze śpi. Ale może geniusze tak mają.
- Co tam?
- Ten Twój nowy kernel pasuje do HAASM’a?
- Pojebało Cię? Czytałeś RFC? Kto Ci w ogóle, kurwa pozwolił tego dotykać?
Ups.
- Dobra, dzięki. Na razie.
O kurde. Prawie zabiłem Wierzbowskiego.
« Ostatnia zmiana: Kwietnia 29, 2019, 20:09:24 wysłana przez KosiMazaki »

Offline Kusch

  • Global Moderator
  • *****
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #18 dnia: Kwietnia 29, 2019, 12:46:01 »
To jest dobre!
"Najlepszą metodą przewidywania przyszłości jest jej tworzenie"

http://img90.imageshack.us/img90/9643/klmd5.jpg

Offline HAV

  • *
  • LAST CAT STANDING
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #19 dnia: Kwietnia 29, 2019, 12:46:49 »
Zaj..., dawaj całość bo się gawiedź niecierpliwi :021:


Proszę nie używać tego typu zwrotów. Dziadek Kos.
« Ostatnia zmiana: Kwietnia 29, 2019, 14:32:44 wysłana przez Kos »

Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #20 dnia: Kwietnia 29, 2019, 21:06:00 »
Dajesz dalej. Wreszcie coś z jajami a nie na okrągło elfiki i ciecie na miotłach uciekający przed gościem bez nosa.
W reportażu trzeba oddać nie tylko to, co widzisz, ale także to, co widzi ktoś inny. (..) Tego kogoś trzeba znaleźć i odpytać. Odwrotnie niż w działaniu korporacyjnym: w każdej firmie jest przynajmniej jeden człowiek, który wie, o co chodzi. Tego człowieka trzeba zidentyfikować i natychmiast wyp.....yć.       Krzysztof Mroziewicz

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #21 dnia: Maja 01, 2019, 12:39:03 »
To jeszcze pozwalam sobie przedstawić Penelopę. Wiecznie sfochowany statek kosmiczny. Postać, a raczej rekwizyt, pełni rolę wygodnej furtki. Coś w rodzaju zachowanej kończyny Terminatora. :)




Statek.
Nie.
Okręt. Zdecydowanie okręt.
Nie byłem w stanie oderwać od niego wzroku. Hipnotyzował mnie swoją formą w taki sam sposób jak czynią to Su-27 czy też MiG-29. Piękno i groza w idealnych proporcjach.
To nie był kolejny nudny dysk „naszych Obcych”.
Wrzecionowaty, lekko spłaszczony kadłub zbudowany z krzywizn, długi na czterdzieści metrów. Bez jednej ostrej krawędzi. Poszycie pokryte było nieregularnymi bąblami, skrywającymi zapewne stanowiska broni lub czujniki. Szeroka dziobnica przechodziła płynnie w deltoidalne skrzydła o ujemnym wzniosie, umiejscowione w dwóch trzecich długości kadłuba. Para nieco mniejszych skrzydeł znajdowała się na rufie. Wznosiły się w górę pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Zapewne zdolny do lotów atmosferycznych.
W swej formie jeszcze nie ludzki, ale już nie obcy.
Ciemno-szary i matowy. Kolor maszyn do zabijania.
Ktoś zaprojektował go w taki sposób by był jednocześnie piękny i zapewne bardzo skuteczny. A to z kolei oznacza, iż mamy do czynienia z niebezpiecznymi istotami.
Co najmniej tak niebezpiecznymi jak Ludzie. Z istotami, które mogły uczynić z wojny rzemiosło. Albo co gorzej, sztukę.
Wiecie co było naprawdę przerażające?
To, że wciąż działał. Unosił się na wysokości około metra, delikatnie oscylując, w górę i dół. Zrobiłem krok i poczułem Obecność.
To Coś przeszło przez protokoły komunikacji bojowej pancerza, nie zwalniając nawet kroku. Protokoły szyfrowane stochastycznym, 1024-bitowym kluczem.
Po prostu przeszło, ostentacyjnie ignorując zabezpieczenia. Tak to mniej więcej odebrałem.
Potem zrobiło mi się ciasno w głowie, błysnęło i jak nietrudno się domyśleć, logicznym następstwem powyżej opisanych zdarzeń była ciemność. Trwała kilkadziesiąt sekund.
- No, już. Otwieraj oczy. Wstawaj, wstawaj! Kapitanie Tarnawski proszę się obudzić.
Timothy. W ten sposób budzi mnie Timothy. Czyli po misji. Potworny burdel w głowie. Oberwałem na bank.
Chryste, pewnie nie mam rąk. Albo nóg. Albo jednych i drugich.
- Nie panikuj Tarnawski. Wszystko masz na swoim miejscu.
O co chodzi? Leżę.
Znowu.
Pamiętam, że zrobiłem krok w stronę…
‘Tak, tak, tak. W moim kierunku. Promieniujesz w wielu pasmach elektromagnetycznych. W jednym zakresie wykryłem wzorce komunikacyjne. Wybacz, skorzystałem ze sposobności, nie mam złych zamiarów’
Zrobiłem krok w stronę… W stronę obcego statku. No tak. Przecież to naturalne, że on gada. Po polsku. W mojej głowie.
Czemu mnie to nie dziwi? A temu, że dzisiaj to mnie już nic nie zdziwi.
‘Jesteś …statkiem?’
‘Okrętem. Według Waszej terminologii. Swoją drogą to fascynujące, iż nie posiadając żadnych danych, opierając się tylko na informacjach wizualnych, sklasyfikowałeś mnie jako maszynę do zabijania. Maszyna. Ta maszyna. Ten okręt. Powinnam czy powinienem się obrazić za to określenie? Jak myślisz?’
’Raczej powinnaś niż powinieneś, skoro zdecydowa…łaś się zapytać”
Strasznie dużo toto gada.
‘No wiesz! Najpierw maszyna do zabijania, a teraz toto. Nie posiadam jeszcze pełnej mapy kontekstowej Waszego języka, a wyczuwam pogardę w takim określeniu’
“Oj tam od razu pogardę’
‘Skąd wiedziałeś, że jestem maszyną do zabijania? Nie podoba mi się takie traktowanie’
Zaczyna się. Mogłem powiedzieć, że jest rodzaju męskiego.
‘Tak mi się skojarzyło. Ale nam wszystko kojarzy się z bronią. Mieliśmy burzliwe dzieciństwo’
‘Aha. Nastawanie na ciągłość egzystencji innych osobników to jakiś Wasz fetysz. Dwa tysiące lat temu zjawili się tu podobni do Ciebie. Też pokryci metalem, bardzo prymitywni. Nie byłam się w stanie z nimi komunikować. Nie potrafili stąd wyjść. Niestety.’
‘W jaki sposób…’
‘Normalny. Dla procesorów kwantowych nie istnieje zmienna czasu. A te całe Wasze protokoły komunikacji bojowej, no takie jak każde inne. Widziałeś jeden, to widziałeś wszystkie. I przestań do mnie gadać, traktuj mnie jak Wierzbowskiego, myśl do mnie. Tak, mam dostęp do wszystkich informacji zapisanych w Twoim mózgu, uprzedzając kolejne pytanie.
Ja… Nic, zresztą.
Gramy dalej. Skoro jestem pierwsza istotą ludzką która dzieliła papierosa z obcą formą życia, to również mogę być pierwszą istotą ludzką która uwiodła kosmiczny niszczyciel Obcych, pomyślałem.
Chyba trochę za głośno.
‘Nie jestem niszczycielem!’
Potem sobie pogadaliśmy. Trwało to kilka minut.
Dałem jej na imię Penny, od Penelopa, bo się trochę wyczekała swojego Odysa. Nie chciała powiedzieć, ile ma lat. Koniec końców przyznała się, że 30 000. Tak, nudziło się jej trochę. Nigdy nikogo nie zabiła, ale wie, jak to zrobić. Jest okrętem wewnątrzukładowym. Przedwieczni nadali jej imię, które można przetłumaczyć jako „Kolaps grawitacyjny”. Przedwieczni byli mądrzy i dobrzy. Nie lubili przemocy. Ale gdy już do niej dochodziło to stosowali ja w sposób ostateczny. Dlaczego ją pozostawiono tutaj? Nie wie, po prostu odlecieli bez niej. Nie ma pojęcia, gdzie szukać Przedwiecznych.
Zostałem poinformowany, iż zgodnie z jej protokołami jako pierwszy napotkany przedstawiciel inteligentnego życia biologicznego jestem uprawniony do wydawania jej poleceń. Jakich? Dowolnych, z wyłączeniem tych które mogłyby doprowadzić do jej zniszczenia.
Fajnie, nie?
Przy okazji zyskałem pewność, że jestem z natury bardzo porządnym człowiekiem. Dopiero po trzech minutach zacząłem się zastanawiać, ile czasu by mi zajęło przejęcie Ziemi na własność.
- Penelopo.
- Tak, proszę?
Zachowuje się jak dama.
– Potrafisz opuścić to miejsce?
– W sensie, czy chciałabym znowu latać?
– Właśnie to miałem na myśli.
– Wcale nie! Miałeś na myśli przemoc i terminację tysięcy bytów. Dlaczego nie jesteś szczery ze mną!?
– Masz mnie, Penelopo. Właśnie to miałem na myśli. Myśląc o tym, widziałem białe błyski uwalnianej energii i pomarańczowo-żółte grzyby, wysokie na kilka kilometrów.
– Mężczyźni…
Aaaaaach, o to chodzi.
On, ono czy wreszcie ona się adaptuje. Ma dostęp do mojej świadomości i podświadomości. Daje mi to czego mniej lub bardziej oczekuje. Zapewne to sposób Przedwiecznych na zespolenie się z maszyną, przy zachowaniu odrębnych świadomości. Może i jest to jakaś metoda.
Ten cholerny statek próbuje się stać kobietą moich chłopięcych marzeń.
Niedobrze. Bardzo niedobrze.
Wspominałem już, że pociągają mnie silne, niezależne, przewrotne i delikatnie jędzowate kobiety? Mniejsza o etiologię, w każdym razie tak jest.
Rzekłbym, iż rokowania są nienajlepsze w kontekście myślącego wytworu pozaziemskiej technologii, który wyrusza na Plutona przed a nie po śniadaniu, by nie spóźnić się na obiad.
I który staje się niezależny i przewrotny.
Kiedyś spiszę wspomnienia z tej wojny. Jeśli nie staną się bestsellerem, to bezwarunkowo zostaną lekturą obowiązkową na każdym szanującym się Wydziale Psychiatrii Klinicznej.
Sami Widzicie.
Skazany na sukces.

Offline HAV

  • *
  • LAST CAT STANDING
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #22 dnia: Maja 01, 2019, 14:56:57 »
Celnie skwitowane... "Skazany na sukces" ;)
Finezji i polotu Ci nie brakuje. Czyta się to lekko i przyjemnie, historia i narracja też fajnie prowadzona.

Offline rutkov

  • KG200
  • *
  • Versuchskommando
    • KG200
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #23 dnia: Maja 01, 2019, 16:38:08 »
Mam wątpliwości czy za kilkadziesiąt lat czy ponad sto, prosty szeregowiec KPO będzie kojarzył takie cuda techniki jak MiG-29 czy Su-27. Dziś chyba przeciętny "cannon fodder" nie wie co to za urządzenie dajmy na to - nomen omen - Schmeisser było. I nawet nie będzie wiedział, że było synonimem pistoletu maszynowego.

Wysłane z mojego SM-N960F przy użyciu Tapatalka

miłośnik 110-tki    •    I/KG200_Doktor  ♥1972-†2006   •   Czekamy Ciebie czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci. Byś nam, kraj przed tym rozdarłszy na ćwierci, była zbawieniem, witanym z odrazą.    •   Han Pasado!    •    GDY WIEJE WIATR HISTORII, LUDZIOM JAK PIĘKNYM PTAKOM ROSNĄ SKRZYDŁA, NATOMIAST TRZĘSĄ SIĘ PORTKI PĘTAKOM

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #24 dnia: Maja 01, 2019, 17:56:18 »
Rutkov :-P Akcja dzieje sie w 2021 roku...

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #25 dnia: Maja 01, 2019, 21:02:50 »
Znowu post pod postem. Doigram się.

Taki żarcik sytuacyjny. :D


Mieczysław przystanął przed drzwiami, z wysoko uniesioną głową.
-   O...bcym ...wstęp wzbry...wzbro..niony – wydukał. – I co teraz?
-   Nic – odparowałem – Idziemy dalej.





I jeszcze jeden kawałek, napisał się ostatnio


W wariackim tempie na polankę wtoczyła się szara kula o średnicy około metra. Całkiem śmiesznie podskakiwała na nierównościach.
Gwałtownie zatrzymała się, zupełnie jakby nie obowiązywały ją prawa fizyki. I zasadniczo w tym momencie przestało mi być do śmiechu.
„Uważać na to kur...”
Tyle zdążyłem pomyśleć do reszty.
Otworzyła się jak kwiat, przez ułamek sekundy było widać zawartość wyglądającą jak szklane kule do gry, mocno ściśnięte w nylonowym woreczku. Najniższe „płatki” mocno wbiły się w grunt.
„...estwo”
Lecę szczupakiem w stronę zwalonego drzewa, słychać świdrujący, wznoszący się gwizd.
Wiiiiiiiiii.
Szklane kulki wylatują w powietrze. W sensie, że je coś rozrzuciło
Dobry moment by wycofać się po angielsku, w miarę możliwości.
Wpadam ślizgiem pod zwalony pień, Staszek próbuje schować się za dosyć chudziutką sosenką. Nie mam pojęcia co robi reszta.
„Spier...”
„Kurwa”
Kulki opadają po trajektorii balistycznej, poinformowało wspomaganie.
Panika i przerażenie w polu widzenia.
„Alarm krytyczny: Opromieniowanie w paśmie Sierra, 87% zgodność z wzorcem naprowadzania”
„...dalać, gdzie popadnie”
Dokańczam myśl.
„Alarm krytyczny: Brak połączenia w dostępnych pasmach komunikacyjnych”

Odpalam... stop, wspomaganie odpala ładunek sensoryczny. Pionowo w górę. Zbudowanie obrazu sytuacji zajmuje podsystemowi siedemdziesiąt osiem milisekund. Sfery rozpalają się plazmowym żarem, bezbłędnie kierują się w naszą stronę.
„Jezu, kurwa, Chryste”
Młody.
Okręcam się w jego stronę. Podrywa się, uciekać za wszelką cenę. Byle dalej.
Najgorszy z możliwych pomysłów.
„Skurwysynu, gleba. Bo zapierdolę jak...”
To ja.
Spoglądam w lewo, dwie najbliższe kule przyspieszają, kierując się w stronę Młodego.
Pzzzszzz.
Nadymają się do średnicy dwóch metrów.
Pierwsza mija go o włos.
Druga muska jego lewe ramię, znika bezgłośnie w jej wnętrzu.
Uderzenie serca później, widzę jak sfera gaśnie, a szklana kula będąca w jej środku opada na ziemię.
Młody stoi.
Lewa ręką, lewy staw barkowy, tors do wysokości mostka i połowa szyi zniknęły.
Jakby nigdy ich tam nie było.
Pomarańczowo żarzące się krawędzie, chluśnięcie krwi.
Pancerz pada jak kukiełka.
„Alarm krytyczny: pancerz KPO0049, brak połączenia”
Odbieram falę zimnej furii.
Witek dochodzi do siebie, Wierzbowski też.
Wymieniają się koncepcjami, nie wnikam jakimi.
Kolejna kula. Mija mnie o kilkadziesiąt centymetrów.
Stupor.
Patrzę. Widzę. Boję się. Przeraźliwie.
Konar pod którym próbuję się ukryć, eksploduje w akompaniamencie syku pary.
„Tarnawski, kurwa, może zaczniesz łaskawie zachowywać się jak trep”
Staszek.
Trzeba się oderwać od nieprzyjaciela, zgodnie z zasadami sztuki.
-   Staszek, spierdalamy. Ale z sensem.
-   Tajest.


Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #26 dnia: Maja 02, 2019, 19:16:45 »
No uwielbiam tego faceta.
Może tak kawałek jak Obcy po raz pierwszy dostają łomot, ... znaczy gdy odrzucili okazje do pokojowego rozwiązania zaistniałej sytuacji i nie uścisnęli wyciągniętej do nich dłoni, to nic że pancernej i z zamiarem zgniecenia łapki/macki/dłoni przeciwnej.
W reportażu trzeba oddać nie tylko to, co widzisz, ale także to, co widzi ktoś inny. (..) Tego kogoś trzeba znaleźć i odpytać. Odwrotnie niż w działaniu korporacyjnym: w każdej firmie jest przynajmniej jeden człowiek, który wie, o co chodzi. Tego człowieka trzeba zidentyfikować i natychmiast wyp.....yć.       Krzysztof Mroziewicz

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #27 dnia: Maja 03, 2019, 01:15:05 »
Mówisz, masz.




– “Pięść Przeznaczenia, proszę o zezwolenie na kołowanie do progu 270”
– “Matka, PP. Zezwalam na kołowanie do progu.”
– “PP, próg. Gotowość do startu.”
– “Matka, PP. Zezwalam.”
Ryk dwóch trójprzepływowych silników, przyspieszenie, huk opon.
Jęknięcie hydrauliki. Głuchy łoskot wciąganego podwozia.
Wierzbowski ogląda Predatora z 1987 roku. Stary Ziętek gra w tetrisa, a Gunny ślizga się po stronie Heckler & Koch. Pasjonat, kurwa.
– “PP. Punkt wejścia, balistyczna według planu”
– “Matka, PP. Zezwalam”
Ryk boosterów, dziki łoskot powietrza opływającego kadłub.
Z rozbawieniem przysłuchuje się korespondencji. Lotem steruje automatyka, a panowie piloci sadzą się, jakby osobiście liczyli parametry zrzutu.
– “PP. Balistyczna, SCRAM 1, SCRAM 2.”
– “Matka, PP. Bawcie się bezpiecznie dzieci, bez odbioru”
Kolejne kopnięcie. Łoskot przechodzi w oszalały ryk wodospadu, takiego z tych większych. Niskie buczenie SCRAM’ów. Po chwili gaśnie, siniki wyrównują ciąg.

Wyskakuje z promu, w locie przełączam się na wizję kompilowaną, będącą połączeniem pasma widzialnego, niskiej podczerwieni oraz informacji z sieci taktycznej oddziału. Kolorowy, kontrastowy obraz, upstrzony markerami członków drużyny i oznaczeniem stref niebezpiecznych. Pełen widmowych cieni i zakłóceń. Mimo to niezastąpiony.
Uzbrojenie w tryb dowiązania optycznego. Trochę irytująca funkcja, bo ręka podąża cały czas za wzrokiem. Mniej więcej cały czas. Inna sprawa, że w pancerzu nie trzeba się bardzo rozglądać by mieć całkiem niezłą świadomość sytuacyjną.
W następnej sekundzie dostaje prosto w pierś z karabinu plazmowego.
Bezdźwięczny błysk i lekkie zakłócenie wizji, następstwo nie do końca wytłumionego impulsu EMP. Wspomaganie przejmuje kontrolę w ułamku sekundy, rzucając pancerz w gwałtownym uniku.
Karabin plazmowy. Ulubiona broń tych, których nazywamy Redneckami. Humanoidalni, około dwóch metrów wzrostu, ze sto pięćdziesiąt kilogramów wagi. Większość tej masy to mięśnie.
Ewidentnie zaprojektowani – zdublowane organy witalne, doskonały czas reakcji, potężna odporność. Brak jakichkolwiek organów rozrodczych czy też ich analoga.
Na szczęście, eufemistycznie rzecz określając, niezbyt lotni.
Karabin plazmowy to broń mało użyteczna w walce bezpośredniej ze względu na niską szybkostrzelność i haniebną celność, tyle że z rozkładu statystycznego wynika, że czasem trafia.
I wtedy robi się dosyć smutno.
System wspomagania taktycznego przeprowadza analizę balistyczną i oznacza obszar, z którego mnie ostrzelano.
Przymrużam oczy, patrząc w okolice markera, system wizyjny natychmiast robi zbliżenie i zmienia zakres widma. Dostrzegam piękną sylwetkę Redneck’a w klasycznej pozie strzeleckiej.
Umpf, umpf, umpf – trzy granaty odłamkowe opuszczają naramienne wyrzutnie, układając się w locie w trójkąt równoboczny, podczas gdy jednocześnie omiatam obszar celu precyzyjnie pogłębianym ogniem karabinu.
Lecące ponad 1600 m/s pociski półpłaszczowe naprzemiennie z przeciwpancernymi nie pozostawiają zbyt wiele miejsca na niedomówienia.
Pociski kalibru cztery milimetry o dwukrotnie zwiększonej prędkości wylotowej mają energię kinetyczną porównywalną z pociskiem 12,7 mm wystrzelonym z czołgowego WKM'u. Wybijają dziury w ścianach, ścinają drzewa, tną centymetrową stal jak papier. Zanim eksplodowały granaty z Rednecka zasadniczo został tylko karabin.
W dwóch kawałkach.
Mam moment, żeby sprawdzić swoją kondycję. W klatce piersiowej kłuje fantomowy ból. To znaczy nie boli mnie, tylko pancerz.
Stop.
Boli mnie tam, gdzie nie ma mnie, tylko jest pancerz. Mobilny Dom Wariatów…
W głowie dzwon, dźwięk alarmu, raport o uszkodzeniach w formie tekstowej. Wszystkie naprawdę ważne informacje są tak podawane. Jakbym był jakimś cholernym terminatorem. Z drugiej strony chyba właśnie nim jestem. Surrealistyczną hybrydą człowieka i maszyny, których suma daje nową, morderczą jakość.
- Wierzbowski, sprawdź mnie!
To jedna z niewielu rzeczy, której się nie da zrobić w pancerzu – spojrzeć na swój brzuch i dolną część klatki piersiowej.
I lepiej nie ufać czujnikom, trochę głupio biegać po polu walki z wnętrznościami na wierzchu. Pancerz zadbałby o to żebym tego nie poczuł. Przynajmniej przez pierwsze kilkadziesiąt sekund.
Czuję, jak Wierzbowski dotyka mojego torsu, przesuwa dłonią badając powierzchnię.
- Paskudnie. Brak penetracji, brak dziesięciu milimetrów opancerzenia – melduje po chwili.
Czyli zostało jeszcze dwanaście. Wierzbowski odwraca się i przygięty do ziemi znika w zaroślach.
- Przejebane szczęście miał Pan, Kapitanie - dodaje po kilku sekundach.
Przejmuje kręcącego się trochę bezproduktywnie Bullterriera i kieruje go w miejsce, które ostrzelałem. Bullterrier sprawdza wskazany obszar, a ja idę się w stronę markerów celu, uszczelniając linię natarcia.
Wszyscy doskonale wiedzą co mają robić, żadnych eksperymentów, tylko sprawdzone metody. Punktowe przełamanie obrony, wyjście na tyły i rzeźnia.
Między połamanymi drzewami majaczy kadłub statku. Z grubsza owalny, przypominający trochę trójwarstwowy tort, tyle że najszersza warstwa znajduje się w środku a nie u podstawy.
To ichni transportowiec. Pojemny, mało zwrotny, ale za to dosyć szybki.
Ożywają wieżyczki umieszczone na obwodzie środkowego pokładu. Sieją krótkimi błyskami laserów pracujących w paśmie rentgenowskim. Normalny laser, pracujący w paśmie widzialnym jest niewidoczny, dopóki nie trafi na przeszkodę. Laser rentgenowski daje biało jarzące się błyski, zupełnie jak lasery w starych filmach. Dzieje się tak ponieważ wiązka skupionego promieniowania reaguje z atomami gazów tworzących powietrze, dosłownie wydmuchując elektrony z ich orbitali.
Paskudna broń.
Z jakiegoś powodu oni używają tylko broni energetycznej.
Padam na leśne poszycie zagłębiając się w nim na kilka centymetrów, błyski tną metr nad ziemią. Szanse na przeżycie trafienia… określiłbym jako zawarte w przedziale pomiędzy znikome, a niewielkie.
Drzewa stają w płomieniach. Wyrzutniki automatycznie wystrzeliwują serię granatów dymnych. To akurat niezupełnie jest mi na rękę, bo w następnej chwili jedyne co widać to płonącą odbitym światłem biel. Przełączam się na szerokie pasmo ultradźwięków, świat staje się zielony i aksamitno-włochaty, o obłych krawędziach i ostrych cieniach.
- Kurwa, kurwa, kurwa! – słyszę.
Czyjś krzyk, mógłbym wiedzieć czyj, ale nie mam na to czasu. Odbieram falę strachu, przerażenia i bólu. Jeden z chłopaków oberwał porządnie. Na krawędzi pola widzenia pojawia się czerwona sylwetka pancerza i złowrogi napis „Brak połączenia”.
W chwili utraty łączności operator znajdował się w stanie ekstremalnego stresu, ale żył. Więc jest jeszcze szansa. Bardzo trudno tak uszkodzić pancerz by przestał dbać o operatora.
- Gunny, dwóch naprzód i HAASM od lewej, z tyłu. Staszek za mną, reszta niech troszkę uspokoi obronę. I zróbcie wejście – wydaję rozkaz wokalnie, dla odmiany.
Widmowa linia kluczy pomiędzy drzewami, to operator wyrzutni pocisków kierowanych dostraja się do celu. Jako dowodzący widzę programowaną ścieżkę lotu pocisku. Przez ułamek sekundy linia błyska czerwienią, po chwili potężne łupnięcie, potem następne.
Gunny dla pewności poprawił, wstrzeliwując pocisk do wnętrza statku. Widzę jak niemalże teatralnym ruchem odrzuca pustą wyrzutnie i zrywa się na nogi.
Jeden z chłopaków poślizgnął się na amen. Chyba Zientek Junior. Na amen, czyli tak że system równowagi nie mógł nic zrobić i pozostawił rozwiązanie problemu fizyce. W tym konkretnym przypadku to sześćset kilogramów razy dwadzieścia kilometrów na godzinę do kwadratu przez dwa, versus piętnastocentymetrowy świerk.  Drzewko nie miało żadnych szans.
Gunny to stara szkoła Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. Wariat.
Zrywam się i biegiem do dziury w burcie. Linia natarcia otwiera ogień ze wszystkiego co ma, Bullterriery podjechały pod sam kadłub jako przynęta. Jeden staje w płomieniach, drugi kręci się w kółko jak kura z obciętą głową. Jedna po drugiej eksplodują wieżyczki.
Kątem oka zauważam, że transportowiec jest mocno postrzelany, widać wyraźnie ściegi po przeciwpancernych pociskach i dziury po odłamkach rakiet.
Macie co chcieliście. Nikt Was nie zapraszał tutaj.
Wybijam się z obu nóg i szczupakiem wpadam do wnętrza. W locie moje granatniki odpalają flashbangi, czyli głośne petardy dające naprawdę niezły błysk. Ląduję mięciutko na Szaraku. Waży toto pięćdziesiąt kilogramów, ale jest cwane i mordercze.
Odgłos towarzyszący mojemu lądowaniu na nim zapewne będzie mnie jeszcze długo prześladował.
Wierzbowski wkracza dostojnie za mną z szeroko rozstawionymi rękoma, czyszcząc obie strony korytarza naraz precyzyjnie mierzonym ogniem. Jego broń strzela amunicją klasyczną, więc widok pancerza, z którego leją się strumienie łusek, z których każda odbija błysk wystrzałów jest… epicki.
Po sekundzie odpala przecinak z naramiennej wyrzutni. Elastyczny ładunek kumulacyjny rozwijający się podczas lotu w pętle o średnicy dwóch metrów. Trzecie drzwi, jak mówi.
Najpierw plaśnięcie, potem stłumiony huk, masa dymu i odpada kawał grodzi, a ja otwieram wściekłą serię do środka, podczas gdy Wierzbowski odpala kilka granatów odłamkowych. Wspomaganie taktyczne wskazuje na 73% prawdopodobieństwo eliminacji celów miękkich. Wierzbowski wskakuje pierwszy, ja za nim.
Huk, błysk, Wierzbowski wylatuje z dziury i dymiąc zbija mnie z nóg. Gdyby był ranny poczułbym.
- …pierdole, szatan nie kogut. Teraz ja was kurwy pousypiam.
Odruchowo otwieram ogień zaporowy prosto w dziurę pokrywając cały jej obszar, jednocześnie wstając.
Wierzbowski oberwał z zamrażacza, chyba z przyłożenia. Zamrażacz, jak go potocznie nazywaliśmy to miotacz ładunków wypełnionych mieszanką nerwogazów, po których człowiek zachowuje się jak rzeźba.
Strzelanie do pancerza z zamrażacza to pomysł z tych mniej trafionych, że się tak wyrażę. Strzelanie z czegokolwiek poniżej armaty przeciwpancernej, dla ścisłości.
Nagle z dziury wyskakuje coś czarno-zębatego i ląduje na szeregowym. Jest chude, kolczaste, ma podłużną głowę składającą się głównie z kłów. Zaczyna szarpać Wierzbowskiego.
Stary numer, chcą sobie wypracować ze dwie sekundy czasu. Wstrzeliwuje do dziury dziewięć granatów, cztery zaprogramowane na detonację kontaktową, dwa na detonację po odbiciu od przeszkody i dwa na detonację po wykryciu ruchu. Jako ostatni leci granat sensoryczny, połączenie kamery pracującej w podczerwieni z ultradźwiękowym czujnikiem ruchu. W prawym górnym rogu pola widzenia pojawia się obraz, na nim jakiś ruch, dym i iskry.
W polu widzenia ikony granatów uzbrojonych w trybie detekcji ruchu, połączone linią z ikoną ładunku sensorycznego.
Odwracam się do Wierzbowskiego. Z przyłożenia walę trzy sekundową serię, rozrywając Obcego na strzępy. Pociski rykoszetują od Staszkowego pancerza, potem od ścian.
Ikona ładunku sensorycznego błyska i znika, wraz z nią znikają pozostałe ikony.  Podmuch prawie mnie przewraca. Miałem nosa.
Armagedon.
Gaśnie światło. Ten miękki poblask bez konkretnego źródła, wszechobecny w statkach Obcych. Niedobrze, w podczerwieni za dużo zakłóceń. Szybko kompiluję jakiś dziwaczny miks ultradźwięków, ultrafioletu, dopplerowskiego radaru i wzmocnionego pasma widzialnego.
Wierzbowski ponownie wskakuje do pomieszczenia obok. Dezaktywuje zapalniki wszystkiego co wystrzeliłem w czasie tej misji i skaczę za nim.
Nie dlatego żebym się bał iść jako pierwszy. Regulamin Pola Walki jednoznacznie to określa. Szeregowy Wierzbowski jest mniej ważny niż ja na tym etapie natarcia i łatwiejszy do zastąpienia. Tyle.
- Czysto.
- Czysto.
Porozbijane urządzenia, strzępy ciał, czerwone bryzgi na ścianach i suficie. Wszystkie dzieci boże oddychające tlenem mają czerwoną krew za sprawą jego najwydajniejszego transportera jakim są organiczne związki żelaza. Ewolucja równoległa. Zapach ich krwi jest tak samo metaliczny jak zapach ludzkiej krwi.
Wierzbowski rusza w stronę kolejnej grodzi.
Nie zwalniając, beznamiętnie strzela w głowę ruszającemu się jeszcze Szarakowi. Ze zgrozą uświadamiam sobie, iż sekundę temu zrobiłem dokładnie to samo. Jestem kurwa naukowcem, a nie terminatorem. Stop, byłem naukowcem. Kiedyś. Teraz jestem żołnierzem.
Wierzbowski chwyta ocalałego Szaraka za głowę i unosi w powietrze. To brakujące 27% w ocenie systemu wspomagania taktycznego… Ale dlaczego 27, a nie 25? Odchylenie standardowe i śred… o czym ja kurwa myślę?!
- Panie Kapitanie, potrzebny nam żywy?
- Nie do przesady, szeregowy.
Zaciska dłoń, a głowa Szaraka po prostu wybucha. Poniosło go tym razem. Potrafię jednak go zrozumieć. Po tym jak daliśmy się we znaki im, rozpylili jakiegoś paskudnego wirusa nad kilkoma miastami. Był aktywny przez czterdzieści osiem godzin, potem zmutował do czegoś nieszkodliwego. Tyle że przez czterdzieści osiem godzin zabił sporo ludzi. Oni sądzili, że w ten sposób wymogą na nas posłuszeństwo.
Bardzo się mylili.
Wierzbowski stracił całą rodzinę, a sam przeżył, stając się tym samym tajemnicą. Drużyna rozpoznania zgarnęła go z ulic Warszawy. Głodny, brudny, z obłędem w oczach błąkający się pomiędzy ciałami tych których śmierć dopadła na ulicach.
Szybko wyizolowano odcinki jego DNA, kodujące antygen, który pozwolił mu przeżyć. Był jednym z kilkunastu takich przypadków. Siedząc bezczynnie w wojskowym szpitalu zobaczył pancerze.
Zapytał czy w środku są ludzie czy to roboty.
Tak, w środku są ludzie.
Tak jak Iron Man?
Mniej więcej.
No i Wierzbowski został szeregowym Korpusu Piechoty Opancerzonej. Średnio dwa razy w tygodniu można usłyszeć, jak przeklina chwilę, w której podszedł do okna.
Wierzbowski ręcznie przykłada taśmę przecinaka do kolejnej grodzi. Z planu i doświadczenia wiem, że tam będzie gorąco, bo to maszynownia, ostatnia nadzieja Obcych na ocalenie.
W tej wojnie zasadniczo nie bierze się jeńców. Oni to wiedzą i my to wiemy. Wszyscy również wiemy, że lepiej nie zostać przypadkowo jeńcem żadnej ze stron.
Druga grupa szturmowa opanowała schodnię prowadzącą na pierwszy poziom, ale przygwoździli ich ciężkim ogniem i granatami. Ktoś stracił rękę, ktoś inny kawałek nogi. Nie tak to miało przebiegać.
- Spieszcie się, mamy trzy minuty, żeby się stąd zabrać – słyszę Gunny’ego. - Leci odsiecz. OO zgłosiło most.
OO. Obrona orbitalna. Zgłosiło most, czyli pojawienie się osobliwości w postaci dziury w przestrzeni, z której wyskakują niefajne rzeczy.
- Wierz… - zacząłem. W tym momencie przez kadłub przebiegło drżenie. Uruchomili reaktor!
Perspektywa lotu w towarzystwie ze dwudziestu Obcych, mających zapewne stare porachunki z pancerzami nie bardzo mi odpowiadała.
- Jedziemy, Stasiek.
Bum, wywaliło całą gródź o trapezowym kształcie, a sufit zapadł się o pół metra. Dobrze musiał dać przecinaka. Ostatnią myśl kończę w akompaniamencie ciężkiej broni Wierzbowskiego i jazgotu własnego karabinu.
Podstawowa zasada walki w zwarciu, dla pancerza wspomaganego brzmi: terror ogniowy. Seria jest zawsze lepsza od ognia pojedynczego. Od serii jest lepsza tylko jedna rzecz – ogień ciągły.
Ogień ciągły do osiągnięcia parametrów krytycznych lufy. 4850, 4233, 3900...  licznik przeskakuje w rytm powolnych kroków, które stawiam.
System kontroli ognia w trybie półautonomicznym, pozwala mi się skoncentrować na wyszukiwaniu i oznaczaniu kolejności niszczenia celów, jednocześnie omijając wszystkie te cele, które zakolejkował w międzyczasie Wierzbowski. Przerażająco skuteczna metoda.
Zza jakiegoś urządzenia wyskakuje Redneck, i strzela. Dobrze wycelował, trafił mnie dokładnie między oczy.
Przemiatam celownikiem jego sylwetkę po przekątnej. Efekt trafienia dwudziestu pocisków jest zawsze taki sam.
Nie chcecie wiedzieć jaki.
Dostaje kilka trafień z lekkich karabinów plazmowych, w odpowiedzi odpalam z granatników Jeże. Granaty rozsiewające 3600 wolframowych igieł w promieniu 25 metrów, poruszających się z prędkością blisko tysiąca metrów na sekundę.
Na tyle wolno by nie uszkodzić niczego solidnego i na tyle szybko by bardzo uszkodzić większość znanych żywych organizmów. Z Brontozaurem włącznie, jak sądzę. Trafiające mnie własne igły zostawiają długie szramy na powierzchni pancerza. Drobnostka.
Ignoruje alarmy o uszkodzeniach. Przerywamy ogień. Z maszynowni nic nie zostało.
Wyje ostrzeżenie o nagłym skoku radiacji, do prawie trzystu remów na godzinę. Czeka nas długi prysznic jak wrócimy. Musieliśmy postrzelać porządnie reaktory.
Nie mogę ruszać lewą ręką, ale przynajmniej jest na swoim miejscu. Najgorsze jest to, że będąc podłączonym do pancerza nie da się ruszyć ‘własną’ ręką. Szybko jednak zauważam kłębki nanowłókien wystające ze stawu łokciowego. Niedobrze.
- Chryste, wychodźcie stamtąd - słyszę Gunny'ego. Czuję jego zdenerwowanie, czyli jest źle. Gunny'ego byle co nie wyprowadza z równowagi.
- Ex-fill, piętnaście sekund – rzucam na otwartym kanale.





Jako że cycki sprzedają sie najlepiej, na wszelki wypadek wrzucam je również:



   Powoli dochodziła dwudziesta trzecia. Siedziałem w ‘Sztabie” od trzech godzin. Trochę oglądałem telewizję, trochę przyglądałem się gościom, trochę surfowałem po sieci.
Dobra. Głównie przyglądałem się Pani Kasi-Ani.
Metr sześćdziesiąt pięć w kapeluszu, zgrabniutka blondynka z końskim ogonem w fajnych okularach.
Strasznie potrzebowałem kobiecej uwagi. Potrzebowałem ciepła, dotyku jedwabistej skóry i zapachu perfum. Nie zrozumcie mnie źle, nie potrzebowałem seksu. Może trochę.
Punkt dwudziesta trzecia.
Kasia podchodzi.
- Czas spać Panie Kapitanie. Nie płacą mi nadgodzin.
- E tam, od razu spać.
- Jeśli Pan Kapitan nie opuści lokalu, to zamknę Pana Kapitana tutaj do rana – to mówiąc na wszelki wypadek krzyżuje ręce na piersiach.
- Od wewnątrz czy od zewnątrz?
- Proszę?
- Od której strony Pani Katarzyno, zamknie Pani drzwi do rana?
- Panie Kapitanie, jestem naprawdę zmęczona po ośmiu godzinach szamotania się za barem…
Lipa. Czas się zabierać.
Nie.
Wstaje z fotela. Delikatnie gładzę ją po policzku, potem równie delikatnie całuję ją w czoło. Jest zmieszana.
- Aaa… to niby z jakiej okazji? – pyta zaskoczona.
- Za to, że jesteś, Kasiu.
Odwracam się i idę w kierunku drzwi.
- Zatrzymajcie się, żołnierzu – słyszę.
Dawno nikt się do mnie nie odezwał w ten sposób. Mniej więcej od czasów unitarki. Takiej trochę oszukiwanej, przyznam.
Robię jeszcze dwa kroki i powoli się odwracam.
Coś leci w moim kierunku, odruchowo wystawiam rękę. W dłoń wpada mi pęk kluczy.
- Ten z niebieską nakładką. Pan Kapitan zamknie te cholerne drzwi. Od wewnątrz. Niektóre dziewczynki jak dorosną lubią się bawić żołnierzykami. Mnie zostało to z dzieciństwa. W domu były tylko cholerne żołnierzyki, a na dwunaste urodziny dostałam od Wujka AKMS’a, takiego na plastikowe kulki – to mówiąc szybkim ruchem rozpuszcza włosy. Puszcza mi oko. Wygląda wspaniale.
Chwilę potem czuję zapach jej perfum.
I tak dalej.
Pół godziny przed pobudką, cichcem, chyłkiem, jak zbrodniarze rozchodzimy się w swoje strony. I tak cała baza będzie huczeć od plotek.


Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #28 dnia: Maja 03, 2019, 22:36:56 »
Czy do kompletu jest:
Polityk co chciał się ogrzać przy płomyku Vitorii jak już się wszystko ustabilizowało a nagła eksterminacja odeszła w zapomnienie. Taki co na pierwsze bum bliżej płotu jednostki krzyczy - zabierzcie mnie. Międzynarodowa koalicja musi być ale zawsze ktoś chce być ważniejszy.
Pan pułkownik z genialnym planem kontry, gdy wszyscy wiedzą że to nie wyjdzie, prócz niego i przekonanym oraz podpisanych pod planem sztabem głównym (jak zwał tak zwał) ?
W reportażu trzeba oddać nie tylko to, co widzisz, ale także to, co widzi ktoś inny. (..) Tego kogoś trzeba znaleźć i odpytać. Odwrotnie niż w działaniu korporacyjnym: w każdej firmie jest przynajmniej jeden człowiek, który wie, o co chodzi. Tego człowieka trzeba zidentyfikować i natychmiast wyp.....yć.       Krzysztof Mroziewicz

Offline Ros

  • *
  • Uziemniony
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #29 dnia: Maja 03, 2019, 23:29:40 »
Ja mam tylko jedno pytanie... Skoro jest Wierzbowski to czy pojawią się również Dietrich oraz Frost i przeżyją do końca historii? 😃
Though I fly through the Valley of Death I shall fear no Evil for I am at 80,000 feet and climbing
36 Quai des Orfevres