Autor Wątek: Korpus Piechoty Opancerzonej  (Przeczytany 14170 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #45 dnia: Maja 07, 2019, 13:58:17 »
Skok jest z założeń konstrukcyjnych, jak jego następstwa, stanem mieszczącym w zakresie parametrów eksploatacyjnych. Lot, po otrzymaniu kopniaka, pardon w du... ,no poniżej zasobnika amunicyjnego, już nie koniecznie niekoniecznie. W zamyśle, moim zresztą, pancerz jest zbudowany tak jak byłby zbudowany człowiek, gdyby zrządzeniem ewolucji, należał do rodziny skorupiaków. Ergo, poosiowe obciążenia jak najbardziej, obciążenia, czy też siły prostopadłe do kręgosłupa operatora już niekoniecznie, a już na pewno nie pochodzące z tylnej półsfery. Różnica taka jak pomiędzy przewrotem przez plecy a wy...wróceniem się na pysk.
Zawszę biorę pod uwagę opinie recenzentów, czy też jak ich na obecnym etapie określam, beta testerów, bo przecież docelowo, mam nadzieję, stanowią odbiorców tego co robię. W tym wypadku, logika zagadnienia jest na tyle purystyczna, iż pozwolę sobie nie zmieniać niczego. Niemniej jednak, to dobry sygnał.

Sugeruję wolniej i zgodnie z zasadami forum, bo polecą %. Mazak.
« Ostatnia zmiana: Maja 07, 2019, 14:52:21 wysłana przez KosiMazaki »

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #46 dnia: Maja 07, 2019, 15:17:54 »
Jawohl.


Wrzucam Wam kolejny kawałek, gdzie znowu biją chłopaków.


Huk, potężne uderzenie w głowę, potem następne, gdy hełm odbija się od podłużnicy kadłuba. Kolejne łupnięcie, szum powietrza... Nie, to szum ognia. Alarmy w polu widzenia.
Głos pilota:
- Dorwał nas. Trzymajcie się. Sorry chłopaki, ja wysiadam.
Dotykam ręką hełmu, wyczuwam paskudne odkształcenia. Uderzenie o podłużnice byłoby za słabe by tak uszkodzić hełm, znakiem tego dostałem z działka elektromagnetycznego prosto w głowę. Chyba zacznę grać w totka.
Ryk napędu fotela. Biały dym w sekundę wypełnia przedział, dusząc szalejące płomienie.
Kierowca jeż już bezpieczny w swoim fotelu K-36. Teraz pora na nas.
Seria niezbyt głośnych detonacji. Odpadają silniki i skrzydła, pozostaje solidny owalno-cylindryczny przedział desantu.
Zadziałało, najwyraźniej, ktoś ma nas w opiece.
Szybko konfiguruję opcję ratunkowe – otwarcie spadochronu pilotującego na ośmiuset metrach, spadochronu głównego na czterystu, odpalenie rakiet hamujących na dwudziestu. Strzelanie do spadochronów to wbrew obiegowym opinią, nie było domeną nazistów. Tak robią wszyscy i zawsze, niezależnie od narodowości i jak niedawno się okazało od planety macierzystej również stąd też pomysł na niestandardowe warunki. Hamowanie będzie paskudne.
W przedziale dopala się resztka paliwa, które przelało się tu w chwili trafienia. Jest już prawie czterysta stopni, za chwile z pancerzy popłynie warstwa kamuflażu. Tysiąc sześćset metrów. Temperatura zaczyna opadać.
Nowi sparaliżowani strachem, Wierzbowski… nie zdenerwowany, tylko wściekły.
Pałyska. Pałyska najwyraźniej uważa, że sprawa go nie dotyczy. W sumie jakaś metoda to jest, nie powiem. Wściekłe Zientki lekko wystraszone. Hollyfield, stan gotowości.
Cicha detonacja, lekkie szarpnięcie ustawiające nas w pionie. Karuzela.
-   Będę rzygał... – z niezwykłym spokojem oświadcza Hollyfield. Rzyganie w hermetycznym chełmie to wyjątkowo paskudna sprawa. System podtrzymania życia może w najgorszym przypadku podać tlen bezpośrednio do krwiobiegu, tyle że nie zawsze zdąży.
-   Sierżanci nie rzygają – uprzedził mnie Junior.

Głośniejsza detonacja, gwałtowne hamowanie, ryk rakietowych spowalniaczy. Swobodny koniec przedziału podtrzymywany ciągiem boosterów zawisa metr nad ziemią, drugi koniec wali ciężko o grunt. Boostery wypalają się i przedział osiada.
Szybko przeglądam mapę taktyczną. Czerwono od Obcych. Pilot sobie nie poradzi bez nas.
Niedobrze.
Trzeba grać kartami, które dostaliśmy. Odpinam zaczep transportowy.
Przedział zdeformowany, rampa ładunkowa wtłoczona w swoje obramowanie. Nie warto nawet próbować awaryjnego otwierania.
- Panowie, troszkę się spóźnimy dzisiaj na kolację. Wysiadamy z hukiem, zanim nas usmażą. - Powiedziałem otwierając ogień w mocowania zawiasów rampy.
Sekundę później Wierzbowski kopniakiem wybija ją z kadłuba. Przez wrota ładunkowe widzę jakieś niskie krzaki i spaloną słońcem trawę. Leżymy w poprzek zbocza o łagodnym spadku.
Kilkaset metrów dalej stadko naszych dobrych znajomych, roboty kroczące w asyście ichniej piechoty. Poruszają się szeroką tyralierą. Nawet się nie próbują maskować.
Błąd.
Z pewną nonszalancją, ręcznie, Pałyska rzucił dwa ładunki dymne, a gentlemani z pierwszej sekcji odpalili z dziesięć granatów z zapalnikami uzbrojonymi w trybie detekcji ruchu.
Zadziałało perfekcyjnie. W sekundę okolicę spowił paskudny biały dym, blokujący podczerwień oraz fale radarowe. Po chwili łupnął pierwszy granat, potem drugi i trzeci.
Po trzeciej eksplozji rozległ się koszmarny wrzask. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Najwyraźniej ta oczywista mądrość ludowa ma ograniczony zasięg. Do trzeciej planety Układu Słonecznego.
- Ex-fill. Pięć sekund terroru ogniowego. Jazda – zakomenderowałem.
Pałyska wyskoczył przez dziurę, za nim Wierzbowski klnąc jak szewc. Wspomniał coś o rzyganiu, dziurach w grodziach i zasranych Obcych. Nieistotne w gruncie rzeczy. Kiedyś sobie ustawię filtr na taki wzorzec emocjonalny w komunikacji. Na obecnym etapie, wciąż mnie to bawi.
Nie wdając się w szczegóły proceduralne obaj otworzyli ogień. Za nimi pierwsza sekcja, rozsiewając granaty w skomplikowanej sekwencji, wyznaczonej przez wspomaganie taktyczne.
Potem dostojnie wyszedłem ja, a za mną trójeczka. Cóż, w tym konkretnym przypadku byłem dowódcą klasy „Naprzód”, a nie „Za mną”. Zdarza się.
Obcy jakby trochę się ogarnęli, błyski laserów zaczęły przebijać się przez mgłę w nieprzyjemnej bliskości.
Miało to pozytywne konsekwencje - pozwoliło określić wektor koncentracji nieprzyjaciela z dokładnością co do minuty kątowej. A to z kolei miało negatywne konsekwencje.
Dla Obcych.
Szybko przeglądam mapę okolicy, wyznaczam ogólny kierunek w stronę, gdzie występują największe różnice wysokości terenu, musimy się tam dostać zanim się ogarną na dobre, bo nas upieką tymi swoimi laserami. Ustawiam markery i wydaje komendę:
- Sekcja trzecia za mną, Pałyska, Wierzbowski ubezpieczenie kolumny, Sekcja druga zabezpieczenie prawej flanki.
Czyli klinem. Trzecia sekcja to nowi. Bracia. Wściekłe Zientki, jak ich ktoś określił
To, że ich lubię nie zmienia faktu, że im nie ufam. Niechętnie rozdzielam się z Wierzbowskim.
-   Hollyfield, jak to wygląda, co dostaniemy?
-   Dostaniemy w pizdę, Panie Kapitanie. O ile się nie pospieszą. Na razie proponują cztery minuty do wsparcia ogniowego i dwanaście minut do ekstrakcji. Komunikacja pada.
Ekstrakcji.
Zęba, kurwa. Bardziej wszystkich, jeśli się przyjrzeć głębiej sytuacji.
Jakby było mniej przesrane i więcej czasu to bym zapytał, czy zna polski odpowiednik tego słowa.
Cały czas w tle ryczy broń HAASMów. Nie jest to już ogień ciągły, tylko gęste, ale krótkie serie. Mierzone. Dzięki mocniejszym sensorom mają znacznie większą świadomość sytuacyjną niż pozostali członkowie drużyny. Nie korzystam z tych danych, bo wiem doskonale na ile dodatkowa komunikacja obciąży procesory ich pancerzy.
Na to nas nie stać w tej chwili. Muszą dysponować pełną mocą obliczeniową by prowadzić ogień uzupełniający w czasie rzeczywistym.
Ruszamy truchtem, tak by trawersem minąć szczyt zbocza.




Tu się coś dopisze :D




Ostatnie trzydzieści metrów zbocza pokonuje na plecach, ryjąc w miękkiej ziemi całkiem niezły tor saneczkowy.
Sieć komunikacyjna dalej coś nie bardzo działa. Tylko link taktyczny i to nie najszybciej. Obrona orbitalna dorwała coś większego, albo ktoś zdetonował sporego grzyba nad atmosferą, a szalejące burze plazmowe głuszą wszystkie pasma komunikacyjne.
Zbocze kończy się w przydrożnym rowie.
Ograniczmy się do stwierdzenia iż hamowanie było równie nieprzyjemne, co gwałtowne.
Młody Zientek leci głową naprzód w stojącą wodę.
-   ...
Witek podnosi się z kolan, na których pokonał zbocze. Całkiem skuteczna metoda. Chłodzenie jego pancerza zaciągnęło zalegające w rowie błoto. Wyrzuca na boki strumienie pary wodnej zmieszanej z wodą i kawałkami trawy.
No fajnie.
Hollyfield, jak to Hollyfield, krótko melduje w drugowojennym stylu.
-   Godzina 11, odległość 120, zestaw przeciwlotniczy.
Istotnie, nieopodal drogi, w szczerym polu stoi sobie Szyłka. Stop. To nie Szyłka, tylko Biała, a dwóch panów rozpaczliwie przepycha się przez włazy.
Kręcę dłonią kilka młynków nad głową, potem wskazuję Szyłkę. Ruszamy truchtem w szyku prostym.
Trzeba szybko cos wymyślić, nowi znajomi zapewne już są całkiem blisko. Szyłka nie dymi z rur wydechowych, więc nie wygarną do nas.
Problem się rozwiązuje, panowie powodowani ciekawością zeskakują z wozu. Jeden trzyma Glauberyta wzdluż uda. Po co? Nie mam pojęcia.
Rozlega się sceniczny szept.
-   Ale wielkie skurwysyny, co nie?
-   No. Patrz na tych dwóch.
-   Co oni tak syczą...

Syczą bo farfocle z chłodnic trzeba wydmuchać.
Czas ukrócić te zachwyty. Zewnętrzne audio.
-   Kapitan Tarnawski, Korpus Piechoty Opancerzonej.
-   Starszy Sierżant Tomaszewski, Obrona terytorialna.
Mocno starszy, bym powiedział.
-   Status zestawu, sierżancie.
-   Znaczy się, panie kapitanie, co?
-   Jeździ? Dymi? Strzela?
Bez słowa wskazuje koło napędowe. Gąsienica na zakładkę, zawinięta o koło, wciśnięta między pokrzywione rolki
-   Pięknie
-   Uzbrojenie, sprawne. Panie kapitanie.
-   To odpalajcie, bo za chwile będzie potrzebne.

Mocno starszy sierżant krzyknął w stronę wieży:
-   Januszku, repetuj maszynkę. Gości nam powitać trzeba.
Syk pneumatycznego rozrusznika, stary ale potężny diesel z miejsca wkręca się na obroty, wyrzucając chmurę błękitnego dymu zmieszanego z kroplami oleju. Dym poleciał dalej, krople osiadły na mnie. Trudno. Po chwili do ryku silnika dołączył gwizd turbiny gazowej, napędzającej generatory.
Z wizgiem, czworokątna wieża skierowała się w stronę zbocza, lufy opadły w pozycję zero, by po chwili rozpocząć rysowanie delikatnych, niespiesznych ósemek w powietrzu.
Ci panowie, mimo słabego pierwszego wrażenia, najwyraźniej znali się na rzeczy.
« Ostatnia zmiana: Maja 07, 2019, 15:27:01 wysłana przez Dr.Hugo »

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #47 dnia: Czerwca 06, 2019, 14:16:35 »
Ot, taki żarcik sytuacyjny, nawiązujący do nagrania pewnego kultowego zdarzenia.









-   Wodzu, to jest jakieś ciężkie, kurwa, nieporozumienie – oświadczył Głuch, Beryla na splątanych szelkach przewiesił przez ramie lufą w góre. Jak jakiś stu letni samopał.
Pochyliłem głowę, przekraczając próg klasycznej ziemianki.
Minęło kilka sekund, zanim wzrok przyzwyczaił się do półmroku. Pachniało sosnową żywicą i rozkopaną ziemią. Albo świeżo wykopanym grobem.
Promienie słońca wpadające przez wąskie szczeliny przy samym suficie boleśnie wbijały się w oczy.
Głuch, Wieczorek, Zientek Junior i Senior mieli nie za wyraźne miny. Witek jako jedyny walnął się pod ścianą z głową na plecaku i nogami na jakiejś skrzynce. Dla niego takie warunki to nic nowego.

W całej sytuacji wyczuwałem rękę Pikulskiego. Mógł zrobić nam pod górę, to zrobił. Operatorów pancerzy nie umieszcza się w ziemiankach. Nikogo, kurwa, nie umieszcza się w ziemiankach od dobrych pięćdziesięciu lat.

-   Ja się nie zapisywałem do takiej armii. Pierdole to – dokończył oświadczenie.
-   Rozumiem Głuch, że chcecie wrócić do Bednorza? W plutonie dowodzenia znajdzie się miejsce bankowo. Pewnie Wieczorek też się załapie. Będziecie sobie zbierać znaczki i pić maślankę – nawet nie siliłem się na powagę.
-   Ja...
-   Nie teraz, szeregowy
-   Tak jest, panie kapitanie.
-   Doprowadźcie do porządku broń, szeregowy.




Jakby ktoś miał pomysł na kolejny żarcik sytuacyjny, to pozwolę sobie ubiec:


Przeciskam się koło Bradley'a z rozpiętą gąsienicą, gdy ktoś woła:
- Ciągle nie dostarczył Pan raportu.
Odwracam się. Na wieży siedzi ten sam gość, który mi uratował życie kilka dni temu.
Uśmiecham się szeroko, podchodzę do transportera i kombinuję, jak dostać się na górę.
- Gąsienica, fartuch, klamra od liny - słyszę. - Nie stawaj obok, bo takiego błotnika już nie dostaniesz.

Offline HAV

  • *
  • LAST CAT STANDING
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #48 dnia: Czerwca 06, 2019, 14:52:37 »
To kupimy spraya i będziemy malować :evil:

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #49 dnia: Czerwca 24, 2019, 21:06:04 »
Jakoś tak wyszło. Od słowa, do słowa z kolegą Qrdlem, i napisał się kawałek w klimatach postapokaliptycznych. Ot, tak się napisał. Jeszcze nie cały, ale to co jest podoba mi się. Zobaczymy co dalej :D

Rzecz się dzieje ze dwadzieści lat po wydarzeniach opisanych w
"Testamencie Przedwiecznych"

I

Zapadał późny lipcowy zmierzch. Oparty ramieniem o drzewo, obserwowałem go przez kilka chwil. Niespiesznym krokiem maszerował w stronę Katowic.
Zchodzone, stare, wojskowe buty wybijały rytm.
Przez ramię przewiesił wojskowy worek. W lewej ręce trzymał solidny kawałek zbrojeniowego pręta. Jego powolne i oszczędne ruchy mogły zwieść gówniarza, ale nie mnie.

Podniosłem się z przyklęku, chwytając prawą dłonią stareńkiego Kałasznikowa za łoże. Uniosłem go wysoko nad głowę.
- Dobry wieczór – zakrzyknąłem.

Zatrzymał się w spokojny i wręcz dostojny sposób, ogniskując spojrzenie najpierw na wysoko uniesionej i trzymanej za lufę broni, a następnie na mojej twarzy.

- Dobry wieczór – odpowiedział melodyjnym głosem.

Poprawił uprząż worka prawą ręką. Doskonale dało się słyszeć pojękiwanie serwomotorów, towarzyszące tej czynności.

- Do Katowic? – zapytałem.
- Dalej. Pod Kraków. A, ty?
- Sam nie wiem...

Puściłem Kałasznikowa, tak iż zawisł na pasie w trzymanej nad głową ręce. Powolutku ją opuściłem, wieszając broń na prawym ramieniu.
Prawie niezauważalnie kiwnął głową, jakby doceniając mój gest.

- Ja do Balic. Lotnisko. Nie mam zbyt wiele czasu już. Potrzebuje kilku części. Bez nich rozbiorą mnie żywcem. Myślę, że je tam znajdę.
Kiwnąłem głową.
- Każdy ma swój krzyż...
- Wolałbym go nie mieć.
- Ta.

Czekajcie. Powinienem był o tym wspomnieć na początku.
Mój rozmówca był eworgiem. Robotem, cyborgiem, automatem. Jak zwał tak zwał. Ten konkretnie został poskładany z innych maszyn, przez maszyny. Pierwsze lub drugie pokolenie, które nastało bez udziału człowieka. Dlatego eworg. Od ewolucji.
Jego konstruktor, czy też stwórca miał poczucie humoru, nadał mu formę bardzo zbliżoną do T-801, morderczej maszyny z filmu nakręconego pół wieku temu.
Duralowy szkielet, karbonowe profile, gdzieniegdzie dało się dostrzec resztki farby i powłok wyciszających. Kształtna, matowo czarna czaszka, wąski nos, paskudne białe zębiska.
Można było się przestraszyć.
Naprawdę mnie zaciekawił.

- Niezdrowo włóczyć się samemu.
- Nie mam wyjścia.
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, moglibyśmy iść razem przez jakiś czas.
- Nie mam nic przeciwko temu.
Tak więc, szliśmy jakiś czas w milczeniu pozostałościami Drogowej Trasy Średnicowej. Natura bardzo szybko odebrała co swoje. Spomiędzy popękanego asfaltu wyrastała trawa, gdzieniegdzie nawet widać było drzewka.

- Żołnierz? – zapytał, wskazując głową moją lewą dłoń. Karbon, dural i tytan wchodzące pod skórę w okolicy nadgarstka. Pytanie raczej retoryczne, gdyż tylko armia miała takie ...zamienniki.
- Tak. Dawno temu.
Pokiwał głową.
- Ja też. W większej części, że się tak wyrażę – przysiągłbym iż usłyszałem w jego głosie sarkazm. Może mi się tylko wydawało – Konkretnie gdzie?
- Korpus Piechoty Opancerzonej.
- Nieźle. Operator?
Już miałem na końcu języka, że kucharz, a tak w ogóle to grałem w orkiestrze. Zreflektowałem się w porę.
To była bardzo kulturalna, i przy tym dosyć miła maszyna.
- Tak jakby.
- Ja byłem saperem. Od pasa w dół. – dodał śmiertelnie poważnie.
Przygryzłem język, żeby nie parsknąć śmiechem. Był naprawdę fajny, nie chciałem sprawiać mu przykrości. I bez tego, świat był wystarczająco przykry.
Wiecie, tak jak z ulubionym psiakiem. Człowiek wie, że on i tak nie zrozumie, ale chce się za wszelką cenę zachować przyzwoicie.

II

- Rzuć to grzecznie, staruszku – odezwał się ten większy. Pięcdziesiątkilka lat na karku, i od razu staruszku. No dobra, bardziej sześćdziesiąt niż pięćdziesiąt.
Matowy głos, zupełnie neutralny emocjonalnie. G36 z imponującą kolekcją osprzętu, dosyć pewnie leżał w jego rękach.
- Luzik – to mówiąc uniosłem lewą rękę, i szerokim łukiem odrzuciłem na bok dziadka Kałacha. Szczęśliwym zrządzeniem losu Kałach poleciał prościutko w kierunku mojego nowego przyjaciela, ten zaś z chirurgiczną precyzją przechwycił go i równie precyzyjnie otworzył ogień. Najwyraźniej od filmowego protoplasty nie różniło go tak wiele.
Jakoś nie po drodze było mi być biernym obserwatorem, szybkim skrętem tułowia odrzuciłem na bok połę kurtki, wypiąłem biodro w prawo niczym zawodowa modelka, i jednym płynnym ruchem wyciągnąłem znad dupy Tysiącdziewięćsetjedenastkę. Dostałem ją kiedyś od przyjaciela. Bardzo dawno temu.
Dwa pierwsze poszły w padającego większego, kolejne trzy w niższego. Tak na wszelki wypadek, gdyby Terminator zaczął mieć wyrzuty sumienia albo inne niezdrowe wątpliwości natury moralnej. Żadnego kozaczenia ze strzałami między oczy, tak jak mnie wytresowali lata temu, w środek masy. Czyli dwa w mostek, trzeci mi podbiło. Poszedł prosto w szyje.

- Czysto – zameldował Terminator.
- Ty, Arni. Na pewno byłeś saperem ? Bo coś mi się twoja historia nie klei.
Szok bojowy zwalił się na mnie z siłą dywizji pancernej. Zrobiło mi się duszno, nogi trochę się zatrzęsły.
- Tak jak wspomniałem. Od pasa w dół.
- Aha. A, od pasa w góre?
- Rytheon CybOps Ripper v. 2.0 – rzucił. – Prototyp serii – dodał z dumą.
- Zajebiście.
Dyskurs przerwały nam świszcząco-bulgoczące dźwięki.
- Oddawaj

Bez słowa odrzucił mi Kałacha.
Odruchowo odciągnąłem suwadło do połowy. W komorze lśnił mosiądzem kolejny nabój.
Podchodzę do większego, leży na boku. Mimo wszystko, wyciąga rękę w stronę G36. Od broni dzieli go ze dwadzieścia centymetrów. Dla niego to nieskończoność. I wieczność.
Pszt, pszt. Kałasznikow w ogniu pojedynczym ma wręcz mdlący dźwięk.
Zabijanie od zawsze było problemem dla mnie. Tzn. zabijanie twarzą w twarz. Bo gdy siedziałem w jednotonowym pancerzu, jakoś było łatwiej. Zabijał pancerz, nie ja.

- Jesteście popierdoleni jak jeden – stwierdził Arni po chwili. – Co ci on szkodził?
- Nic mi nie szkodził. Wyświadczyłem mu przysługę. Ciężko ci to będzie zrozumieć, tak myślę.
- Że niby cierpiał? Wiem co to ból.
- Nie wiesz, kolego. Nie masz nawet bladego pojęcia.

Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #50 dnia: Czerwca 26, 2019, 11:21:35 »
Świetnie się czyta.
Czy powstały już jakieś dłuższe części?
Kiedy możemy liczyć na pełną książkę / e-booka i dlaczego tak późno? ;-)
Cytat: Sir Fred Hoyle
Space isn't remote at all. It's only an hour's drive away, if your car could go straight upwards

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #51 dnia: Czerwca 27, 2019, 14:32:33 »
Skoro się podoba, to dalsza część postapokaliptycznego teksu

Bardzo znajome, i bardzo dawno nie doświadczane pstryknięcie w głowie.
„KPO 00271”
Pancerz. W pobliżu jest pancerz. Aktywny, zasilany, rozgłaszający się pancerz klasy Turrican.
Za lepszych czasów, odebrałbym fixa z pozycją według GPSa oraz komplet dodatkowych informacji.
Rozglądam się wokoło. Nic co by mogło skrywać tonę bardzo drogiej i unikalnej technologii.. Muszę go mieć,
Spróbujmy inaczej.
„ssh KPO00271”
„KPO00271 Login:”
„TheCreator”
„KPO271 Password:”
Spróbujmy, jeszcze raz.
„Welcome Creator
21 years, 3 months, 7 days since last supervisor login”
Kurwa. To już tyle?
KPO00271 /root/ > status
Power supply efficiency: 100%
Fuel ammount: 93 %
Weapon type: preset 01
Weapon loadout: 34 %
Damages: none
All systems ready.
KPO00271 /root/ >

Pięknie.
Zaraz zacznie się naprawdę zdrowa zadyma. Ręczę za to reputacją Korpusu Piechoty Opancerzonej. Świętej pamięci.
Teraz muszę zrobić coś co potencjalnie może szybciutko zmienić mnie w roślinę. Biorąc pod uwagę najlepszy scenariusz.
KPO00271 /root/ > cd /etc/rc.d/init1
KPO00271 /etc/rc.d/init1 > cortexmapper –calibration | restart

Błysk w uszach, huk w oczach, zapach tęczy.
Leże.
„Cortex pattern aquired.”
„Bio-neural pattern updated.”
„Cortex mapper initialisation #############”
„100% Done.”
„Link activated”

Stałem się śmiercią. Niszczycielem światów.
Nigdzie nie muszę się spieszyć.
Moje ciało leży nieopodal.
Jestem Pancerzem.
„Combat mode activation.”
Wspaniały jęk serwomotoru przeładowującego karabin, klekot magazynów amunicyjnych wyrzutników.
„Combat mode activated.”
Chryste, to jest cudowne.
No, kurwy. Teraz z wami pojadę.



Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #52 dnia: Czerwca 27, 2019, 21:21:05 »
Skoro się podoba, to dalsza część postapokaliptycznego teksu
....
Jestem Pancerzem.
„Combat mode activation.”
Wspaniały jęk serwomotoru przeładowującego karabin, klekot magazynów amunicyjnych wyrzutników.
„Combat mode activated.”
Chryste, to jest cudowne.
No, kurwy. Teraz z wami pojadę.

Jejku, aż przebieram nóżkami na ciąg dalszy a kółko myszy, przy przewijaniu tekstu, muskałem delikatnie jak spust :)
W reportażu trzeba oddać nie tylko to, co widzisz, ale także to, co widzi ktoś inny. (..) Tego kogoś trzeba znaleźć i odpytać. Odwrotnie niż w działaniu korporacyjnym: w każdej firmie jest przynajmniej jeden człowiek, który wie, o co chodzi. Tego człowieka trzeba zidentyfikować i natychmiast wyp.....yć.       Krzysztof Mroziewicz

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #53 dnia: Czerwca 29, 2019, 22:21:52 »
No to dalsza część. To opowiadanie, utrzymane w klimatach postapokaliptycznych powstało po długiej dyskusji z Boskim Kurdlem Logosem na temat jak bardzo mamy przewalone z powodu ocieplenia klimatu #nienawidzęlata #dziś37stopni
lol



Stoję w jakiejś zasyfiałej i ciemnej komórce. Rzućmy troszkę światła na całą sytuację.
Dwa granaty burzące opuszczają naramienne wyrzutnie. Błysk, huk, latające kawałki drewna i papy.
Niebo. I zachodzące słońce.
Powoli kręcę głową z lewej na prawą. LIDAR śle w przestrzeń dziesiątki tysięcy impulsów, tworząc precyzyjną mapę sytuacyjną.
Wspomaganie przełącza mnie na wizję kompilowaną.
System kontroli ognia, tryb półautonomiczny.
Siedemnaście metrów, godzina druga, ognisko. Cztery sylwetki. Jedna podnosi broń. Beryl wzór 96.
To się dzieje jakoś równolegle. Tak jakbym w ułamku sekundy przedyskutował ze wspomaganiem wszystkie za i przeciw.
Tych przeciw jest więcej.
Prosty krzyż celownika zmienia kolor na zielony.
Prrrrrrrrt. Grzechot amunicji zsypującej się z zasobnika. Pancerz sztywnieje, kompensując odrzut uzbrojenia.
Czterysta pięćdziesiąt pocisków pokrywa grupę przy ognisku.
Rozlatują się. Po prostu. Ich strzępy powoli gasną w niskiej podczerwieni.
Bez znaczenia.
Jestem Pancerzem.


« Ostatnia zmiana: Czerwca 29, 2019, 22:30:23 wysłana przez Dr.Hugo »

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #54 dnia: Sierpnia 10, 2019, 03:11:46 »
Ot, taka silnie humorystyczna scena.





Mietek zapuścił żurawia przez ramię Kaśki. Przez chwilę intensywnie gapił się na ekran notebooka.
-   Znałem go – oznajmił.
-   Kogo? – zapytałem.
-   No, tego z obrazka.
-   Jakiego obrazka, Mietek?
-   No, tego na komputerze. To Pakal.
Pakal. Pakal. Pakal. Coś mi się kojarzy. Ach, już wiem.

-   Tego Azteka czy innego olmeka? Wodza? Tego niby astronautę?
-   Jakiego wodza, człowieku. Zwykły frajer – pogardliwie prychnął.
Chryste, Mietek już nawet gada jak Wierzbowski. Zawsze powtarzam wszystkim nieobeznanym, z kumplowania się z HAASMasmi nigdy nic dobrego nie wynika.
Po chwili, rozwinął wątek.

-   Mieliśmy takie sprytne skoczki atmosferyczne. Pakalowi się ubzdurało że jest równy bogom. Wlazł pijany do jednego, i jakimś cudem uruchomił procedurę awaryjnego startu. Skoczek odpalił, rąbnął w skalę i tak oto Pakal połączył się ze swoimi przodkami. Ostatnie chwile jego egzystencji zostały uwiecznione na kamieniu nagrobnym.

Ryknąłem śmiechem. Zarówno Mietek jak i Kaśka rzucili mi zdziwione spojrzenia.
-   Cóż, wygląda na to iż inny pijak, półtora tysiąca lat później miał całkowitą rację, twierdząc że indianiec siedzi w statku kosmicznym.
-   Ty, wyraźnie chyba mowie, co? To skoczek – jak to Mietek ma w zwyczaju, sprostował ze śmiertelną powagą.
-   Ok. Skoczek. To był skoczek. Przepraszam.

Zapadła chwila ciszy.
-   Mieczysław, w co jeszcze wsadzaliście te swoje długie paluszki? – zapytałem.

Wzruszył ramionami. Skubaniec przyswoił już większość typowych ludzkich zachowań.
Wzruszył ramionami, ale się nie odezwał.
-   Zamieniam się w słuch.
-   No, pogrzebaliśmy tu i ówdzie. Ale nie jakoś mocno.
-   Dobrze. Pojedziemy od początku. Duży kamienny krąg, na wyspie.
-   Nie wiem o czym mówisz.
-   Piramidy, wielkie jak s... No, duże. Trzy.
-   Tak jakby.
-   Tak jakby?
-   No my. Ale przez przypadek. Tak się poukładało, że jeden z naszych został tam wodzem.
-   Super, jedziemy dalej. Arka Przymierza? Drewniana skrzynia, o wrednym charakterze i morderczych skłonnościach, noszona przez czterdzieści lat po pustyni.
-   Wypadek. Ktoś mocno walnął w górę, nawiasem mówiąc jedyną w okolicy. Moduł reaktora przejęli natychmiast tubylcy, z niewiadomego powodu koczujący nieopodal góry. Nie dało się go odzyskać bez zbytniego zamieszania.
-   Bez zamieszania?
-   No, bez wypieprzenia połowy kontynentu w powietrze.
-   Tihuanaco?
-   Owszem.
-   Przez przypadek?
-   Nie, całkowicie planowo. I tylko w niektórych okresach. Wiesz, powrót bogów i takie tam...
-   Nie wyszło?
-   Nie bardzo.
-   Czy cokolwiek wam wyszło na tej planecie?
-   Nie, nic kurwa nam tu nie wyszło, bo z wami się nie da współpracować. Cokolwiek się nie zrobi po kilkudziesięciu latach zaczynacie to ulepszać, i zawsze się to kończy rzezią. Trzeba zaczynać od nowa. Ile można.

Qbeesh

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #55 dnia: Sierpnia 12, 2019, 00:17:28 »
Złoto

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #56 dnia: Sierpnia 24, 2019, 23:15:42 »
 - Nie, nic kurwa nam tu nie wyszło, bo z wami się nie da współpracować. Cokolwiek się nie zrobi po kilkudziesięciu latach zaczynacie to ulepszać, i zawsze się to kończy rzezią. Trzeba zaczynać od nowa. Ile można.

- Mieczysław. Jesteście takimi nieudacznikami, że gdyby wasza obecność tutaj nie była faktem, to nikt by w to nie uwierzył.
- W co?
- W to że można przelecieć pół galaktyki używając magicznej technologii, tylko po to by zostać bezbłędnie i bezlitośnie wyruchanym przez stado gości, którzy przed momentem zeszli z drzewa. Dodatkowo ci goście robią z wami co chcą. Wasze napędzane magią latające talerze są spuszczane jak szmaty w kiblu, przez napędzane cieplnymi silnikami, atmosferyczne aparaty latające, a jak już spadną na ziemię, to ich załogi są wyrzynane w pień. Gdyby ktoś próbował sprzedać taką historię w jakiejś książce, wyśmiano by go.

Cisza.

- A wiesz dlaczego, Mieczysławie? Wiesz dlaczego tak się dzieje?
Cisza.
- Bo naszym hobby jest wyrzynanie się nawzajem. Od jakichś 12 000 lat. Czym popadnie. Na początku rękoma, potem kijami. Ktoś nauczył się rozpalać ogień. Potem wykuwać żelazo. Z zabijania zrobiliśmy najpierw rzemiosło, potem sztukę. Od jakichś ostatnich stu lat nawet naukę.
Cisza.
- I wiesz co ?
- Co? – wreszcie Pan Mieczysław Szarak, przedstawiciel zaawansowanej obcej cywilizacji, raczył przemówić.
- Jesteśmy w tym zajebiście dobrzy.





::D

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #57 dnia: Września 23, 2019, 06:33:09 »
Łapcie dzieci.
Fajny kawałek.




Ostatni miesiąc to czas eksperymentów.
Próbuję wpisać się w Jaroslava Haśka, Jamesa Jonesa, czasami w Wacława Króla.

Koniec końców, powstał zupełnie popieprzony kawałek.

Połączenie "wypływu podświadomości", typowe dla litertury dwudziestolecia międzywojennego, z typową, wręcz kronikarską, narracją Jamesa Jonesa.

Sil Wu ple.

Możliwe przerwy w dostawie prądu do gospodarstw domo...
Bszuuuuummp.
Co to jest bszuuuuummp?
To dźwięk awaryjnego zatrzymania witalnych podsystemów pancerza w wyniku zakłóceń oraz uszkodzeń bojowych.
Zatrzymanie reaktora, zatrzymanie układu chłodzenia, niekontrolowane zamknięcie połączeń DIAGSTAT, niekontrolowane zatrzymanie systemów bojowych, zatrzymanie neuromappera.
Dźwięk, którym straszy się młodych na unitarce.
„Jak nie będziecie funkcjonować zgodnie z The Regulaminem, to usłyszycie bszuuuump. Usłyszycie, ale nie będziecie mieli okazji nikomu o tym opowiedzieć.”
„Panie sierżancie szefie, dlaczego nikomu o tym nie opowiemy?”
„Spieszę udzielić odpowiedzi panie poborowy. Martwi nie mówią.”
Słaba gadka, co nie ?
Muszę was rozczarować, „słabo” to armijny default.
Stoimy.
Cisza.
Padamy.
Jeszcze jest wizja.
Ciemność.
Nie bardzo mi do śmiechu.
Gdybym nie był nawalony stabilizatorami, neuroleptykami i stymulantami to zapewne wpadłbym w uczciwą panikę.
Czas... Czas jest gdzieś daleko. Leniwie kapie.
Kap, kap, kap.
Jak miód.
Zredukowany do punktu.
W sensie „Ja”.
Trwam.
Nie rozłączył mnie.
Szkoda. Szkoda.

Uuummmmmpzzzsssssss.
Co to jest Uuummmmmpzzzsssssss?
„KPO0017” Zapłon syntezy termojądrowej. 75% wydajności nominalnej.”
„KPO0017: Uszkodzenie krytyczne podsystemu dynamicznego przydziału mocy. Obejście.”
Uuummmmmpzzzsssssss, to dźwięk restartujących w trybie bojowym podsystemów witalnych pancerza.
„KPO0017: Aktywacja neuromappera w trybie skróconym.”
Światło, dźwięk.
W polu widzenia trawa, kawałek gałęzi. Błękitne niebo.
Wszystko drga i faluje, zupełnie jak na kwasie.
Byliście kiedyś porządnie naćpani LSD?
Nieważne.
„KPO0017: Aktywacja łącza DIAGSTAT.”
„KPO0017: Aktywacja syntetycznego łącza danych taktycznych.”
Pojawia się w głowie obraz starcia.
Xcom, Enemy Unknown, przelatuje mi przez głowę.
Asta Adianov, time units 75, accuracy 109 %...
„KPO0017: Aktywacja trybu bojowego”
Bum.
Fizyczny ból.
Prrrrrt, gdzieś z boku.

- Kurwa, Tarnawski!!! Żyjesz?
- Żyje.

Buuum.
Smród nitropochodnych. Smród wojny.
Obok mnie przelatuje zwinięty w kulkę pancerz.

- Chryste, wycofaj nas.

Chryste, nie wiem co odpowiedzieć.

- Bambi 1, na pozycji – słyszę Dobrowolskiego.
- Wal po mnie –własny głos, dla odmiany.
- Potwie...
- Dobrowolski, wykonać.
- Rozkaz.
Tum, tump, tump. Każdą z łopat Hinda słychać z osobna. Coraz bliżej.

- Dobrowolski...
- Bambi 1.
- To była piękna wojna..

Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #58 dnia: Września 24, 2019, 17:31:17 »
Today I learned jakby powiedział klasyk anglosaski:
Cytuj
Wierzbowski to archetyp w polskiej literaturze sf. Znam co najmniej 5 pozycji gatunku military sf gdzie wystepuje to nazwisko.

Mi właśnie od pierwszego fragmentu skojarzyło się z Algorytmami Wojny Cholewy (Wierzbowski, Pancerze Wspomagane, ogólnie klimat). Wszakże im więcej fragmentów czytam, tym mniej mi się z tamtym kojarzy.

Tym razem zacytuję klasyka, ale polskiego: Wincyj!

Dr.Hugo

  • Gość
Odp: Korpus Piechoty Opancerzonej
« Odpowiedź #59 dnia: Września 27, 2019, 01:25:40 »
Cholewa...
Algorytm wojny.
Wierzba Wierzbowski :D vs Stanisław Wierzbowski. Tamten jest papierowy, mój jest pie... no, socjopatą jest. I alkoholikiem :D
Wielkie moje szczęście polega na tym iż jeden z moich naprawdę dobrych kumpli jest "pracownikiem" jak się określa :D Wojska Polskiego, z nielichym dorobkiem, bo sięgającym misji zagranicznych lat 90. Wiele scenek rodzajowych, które zawarłem w "Testamencie Przedwiecznych", to żywcem opisane jego opowieści.
W mojej tfu... rczości jego awatarem jest żandarm Grzesiek Chorąży, który zawsze zdąży i który wymaga papierków nawet od kumpli.
Jeśli chodzi o "Algorytmy Wojny" to jestem na nie. Zazdroszczę Michałowi, z którym miałem możliwość zamienienia kilku słów, umiejętności budowania wielowątkowej, wręcz przeładowanej fabuły i niczego poza tym.
Narracja mnie nie urzeka, tempo akcji dziwaczne tak bardzo jak dziwaczne jest opisywanie dwóch sekund przez trzy strony, a nade wszystko sposób działania bohaterów umieścił bym w kategorii "jak autor sobie wyobraża działanie nowoczesnego wojska"
Jedna rzecz działa na jego korzyść. On odniósł sukces, ja nie.
Jeszcze :D
« Ostatnia zmiana: Września 27, 2019, 07:35:12 wysłana przez KosiMazaki »