Autor Wątek: [rec., literatura] W. Ott "Rekiny i małe rybki", N. Monsarrat "Okrutne morze"  (Przeczytany 1640 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

qrdl

  • Gość
Wolfgang Ott „Rekiny i małe rybki” (1971, pol. wyd. 2004)
Nicholas Monsarrat „Okrutne morze” (1951, pol. wyd. 2002)
Pozycje wydane w serii Biblioteka Bestsellerów Bellony.

Porównywanie dwóch książek, klasyków powieści wojennej, jest o tyle ciekawe, że wzajemnie uzupełniają temat dramatycznej strony zmagań morskich – walki pomiędzy okrętami podwodnymi a jednostki stworzonymi wyłącznie do ich niszczenia. Ott przedstawia historię rekrutów, którzy w konsekwencji (z trawlera rybackiego, poprzez szkołę rekrutów i praktykę na trałowcu) trafiają na okręt podwodny, natomiast Monsarrat kreuje wręcz epopeję, trwającą prawie 5 lat (1939-1945), której bohaterem jest duet dowódcy i jego zastępcy. Epopeję okrętu (a w zasadzie dwóch, ponieważ jeden z nich tonie w walce) eskortującego konwoje atlantyckie.

Czytając te książki łącznie, mamy niejako obraz wojny z dwóch perspektyw, z każdej z nich przeciwnik jest przedstawiany jako bezlitosny wróg, któremu obce są jakiekolwiek formy litości czy współczucia dla wroga, w każdej z tych historii występuje zagubiona jednostka, z mglistą perspektywą na przyszłość, która z dnia na dzień jest wtłoczona w okrutne mechanizmy wojenne, które za nic mają życie i szczęście ludzkie – natomiast doskonale pozwalają odnaleźć konkretne miejsce w mechanizmie wojennym – co osobliwie wydaje się dobrą stroną wojny, społeczeństwa totalitarnego, owa pewność celów, jasno sprecyzowany sens życia. Oczywiście należy zakładać, że książki jedynie bazują na faktach, natomiast fabuła jest zmyślona. Warto zauważyć pewien – w sumie niewinny – zabieg polskiego wydawcy, w przypadku „Okrutnego morza” deklaracja fikcyjności postaci i wydarzeń jest wyrażona przez autora na początku („Od Autora”), natomiast polski wydawca na okładce zachwala „Jest to historia – długa i prawdziwa historia – jednego oceanu...”. Prawdziwość owych historii jest niewątpliwie prawdziwością uczuć i przeżyć związanych z okrucieństwem wojny pod każdą jej postacią. Prawdziwe są realia, prawdziwe są cierpienia, a zgodność z faktami, w przypadku tego typu literatury, jest sprawą drugorzędną.

Pod względem literackim książki czyta się bardzo przyjemnie, akcja jest dość wartka, chociaż w pewnym momencie wyczekiwałem aż bohater RIMR w końcu przesiądzie się na ubota, po czym nastąpiło pewne rozczarowanie, być może wynikające z podejrzanej skuteczności bojowej jednostek, na których służył. Pod tym względem autor OM jest bardziej powściągliwy i chyba lepiej oddaje faktyczny obraz służby na morzu, która była monotonna, wykańczająca, przeplatana cierpieniem i bardzo rzadko uwieńczona sukcesem w postaci zatopienia wrogiej jednostki. Z drugiej strony OM staje się pod koniec nieco rozwlekłe, walka ustępuje bardziej ogólnym refleksjom, które zapewne musiały trapić alianckie społeczeństwa powojenne w latach 40. XXw.

Postaci są wyraźnie zarysowane, niekiedy, szczególnie w przypadku OM, są obszerne fragmenty ocierające się o erotykę. Co ciekawe autor przemyca obraz wojny, który rzadko spotyka się w tego typu literaturze – zdrada, niewierność oraz okrutne dylematy, które muszą rozstrzygać marynarze, podwójna świadomość i celowe niedostrzeganie okrucieństwa sytuacji wojennej, która niszczy rodziny, dramatyczne próby ratowania związków – wszystko to przewija się przez OM, nie ustępując w niczym okrutności samego morza. W RIMR sytuacja jest nieco inaczej zarysowana, a raczej skoncentrowana na unaocznieniu wynaturzeń życia emocjonalno-uczuciowego, do których dochodzi „dzięki” wojnie, przedstawiony jest swoisty twór, ekwiwalent normalności, stworzony przez państwo na użytek marynarzy. Ów wynaturzony, absurdalny świat stosunków międzyludzkich, seksualnych wydaje się czymś naturalnym w zaistniałych sytuacjach – w tym równie mocno, jak w bezpośrednich akcjach bojowych, tkwi okropność wojny i jej wyniszczający wpływ na humanizm.

Ciekawe, że obaj autorowie podejmują niekiedy próbę krytyki poczynań własnych bohaterów (przedstawiając ich dylematy moralne, związane z wykonywaną „pracą”) oraz usprawiedliwienia wroga, którego owi bohaterowie bezwzględnie tropią i zatapiają. Autor OM unika radykalne rozstrzygnięcia, czarno-białych obrazów, w których Alianci są jedynymi wyzwolicielami świata, przejawia się również pewna sympatia do sprzymierzeńców rosyjskich, choć nie w aspekcie kontaktów międzyludzkich, raczej sympatia wyrażona przez dostrzeżenie konieczności wspólnego trudu wojennego.

Książki niewątpliwie warte uwagi i czasu, szczególnie ciekawe prezentują się, kiedy czytane są równolegle. Oczywiście różne są od pamiętników i wspomnień uczestników owych wydarzeń, dzięki niewątpliwemu kunsztowi beletrystycznemu autorów. Osobiście mnie nieco razi przekład polski OM z uporczywym terminem „łódź podwodna”, autor przekładu pokusił się nawet o próbę usprawiedliwienia swojej strategii, jednak mylnie sądzi, że główną konotacją terminu „łódź podwodna” jest rzekomo deprecjonowanie okrętu podwodnego. Uważam, że okręt podwodny jest precyzyjniejszym określeniem, jednoznacznie wskazującym na jednostkę bojową, natomiast łódź podwodna jest terminem (np. wg J. Pertka), który funkcjonał raczej przed wojną. W sumie jednak tę drobna wpadka przekładu można przeboleć.

pozdrawiam,
qrdl
« Ostatnia zmiana: Lutego 09, 2006, 15:25:53 wysłana przez qrdl »