Byłem dziś na Apocalypto i chciałem sobie rozpocząć temacik o tym filmie, a konkretnie o Waszym o nim zdaniu.
Przed wyprawą zafundowałem sobie solidną porcję recenzji, bo chciałem wiedzieć, co rodzimi krytycy filmowi sądzą o tym filmie. Choć to może za dużo powiedziane, albowiem nie spodziewałem się, że będzie inaczej niż "jak zwykle", tj. Mossakowski napisze brednie, a potem we wszystkich serwisach i czasopismach/gazetach powtórzą jego myśli tylko nieco prostszym językiem. W Dzienniku, na Onecie i w kilku innych miejscach spotkałem coś w tę mańkę:
"Mel znalazł sposób na sukces! Zastosował znany swój zabieg i wykorzystał język rodzimy dla ludów, o których mowa w filmie i bezzasadnie epatuje okrucieństwem. Potem zaś prowadzi po pijanemu i wyzywa Żydów".
Obejrzałem film i mogę z całą pewnością powiedzieć - film doskonały nie jest, ale jest zdecydowanie dobry. Wedle mnie oczywiście. "Zabieg", o którym piszą "recenzenci" w postaci wykorzystania języka Majów dał znakomity efekt i jestem zdania, że im więcej ten "zabieg" będzie stosowany tym lepiej. Podobnie w Pasji. Nareszcie klimatu nie psuje wszędobylski amerykański. "Recenzenci" oczywiście musieli z tego zakpić, bo oni chyba wolą, gdy wszystko jest po angielsku. Generalnie to chyba nikt nie woli, ale to dobry punkt do zaczepienia się by przejechać się po filmie.
Film jest brutalny i w pewnych momentach rzeczywiście aż nadto. Ale nawet te pewne momenty są dobrze fabularnie i historycznie umotywowane. No, ale kto widział Pasję ten pewnie doskonale zna nieco może zbyt naturalistyczne podejście Gibbsona do tematu. Ja nie przepadam za pokazywaniem wszystkiego, bo nie wnosi to generalnie wiele do filmu. Inna sprawa, że ci sami "recenzenci" wprost rozpływali się nad fenomenalnym historyzmem Szeregowca Ryana, w którym to dopiero epatowano okrucieństwem wręcz w surrealistyczny sposób. Gdzie notabene nie było mowy o umotywowaniu tego fabularnie (historycznie owszem), bo określenie wątku głównego SR jako fabuły byłoby dla niej chyba trochę obraźliwe. Film powstał tylko po to, żeby zaszokować. A Apocalypto nie - w tym tkwi różnica.
Jak coś tkwi jeszcze mocno w świadomości naszej kultury to wszystko jest cacy nawet jak film powstaje tylko po to, żeby szokować okrucieństwem. Ale jak już pokazuje się odmienną kulturę, i wprowadza prostą fabułę, ale jednak fabułę, to już "recenzenci"... ekhem Mossakowski i świta, mają używanie. Żałość i zgrzytanie zębów.
Film do pewnego momentu jest nawet bardzo dobry. Niestety zakończenie trochę psuje obraz całości. Abstrachując od wątku fabularnego, który jak się kończy to u Mela nietrudno przewidzieć. Choć, co ciekawe, nie jest przecież Amerykaninem, żeby to było takie oczywiste. Z tego, co mi wiadomo, mogę się mylić, ale Konkwistadorowie przypłynęli na terytoria Majów jakieś 200 lat po opuszczeniu przez tych ostatnich swoich miast. Tak się chyba szacuje. Skąd oni zatem w filmie się biorą, nie mam pojęcia. Mam wrażenie, że Mel się trochę zbytnio przejął moralizatorstwem po prostu.
Trochę przesadził z tym ciągłym poruszaniem się biegiem w czasie ucieczki/pogoni. Ale np. aktorzy byli dobrani, w moim odczuciu, znakomicie. Dobrze poprowadzona akcja, bez dłużyzn, choć wiele nie mówili. Kamera poza pierwszą sceną polowania prowadzona na szczęście bez awangardowych "potrząśnięć". Miasto Majów zrobione znakomicie, szczególnie, że ukazuje bardzo wiele ze społeczeństwa itp.. Świetni też byli "ci źli", którzy choć psują sielankę głównego bohatera, tak zostali ukazani, że nie czeka się na to aż główny bohater spuści im manto, ale z ciekawością obserwuje ich zachowania i to co się z nimi dzieje. Rzekłbym nawet, że trochę szkoda było mi trochę ich "szefa"

Fajne było właśnie to pokazanie kompletnego braku współczucia dla tych złapanych w mieście. Nikt nie budował spisków i nie uwalniał biednych łapankowiczów. Baba się nie dała sprzedać w niewolę, no to ją puścili - nikt się tym nie przejął. Naprawdę fajnie i zupełnie bez fajerwerków, choć temat był taki, że można byłoby mnóstwo efektów specjalnych wrzucić, co by było "miłe dla oka". Na szczęście większość dzieje się w dżungli i choć czasem może "ci źli" byli zbyt oniemieli na widok wychodzącego im na przeciw głównego bohatera, którego cały czas gonili, to rajcujące jest jak się chłopak trochę w sobie przemaga.
Więcej nie piszę, bo już dość napisałem... Apocalypto jest naprawdę dobrym filmem.
Cóż... Gibbson popełnił błąd, że nawyzywał Żydów po pijaku. Teraz będzie za to chyba płacił, bo wśród (j)elit nie jest zbyt popularny antysemityzm. Rzecz oczywiście naganna, ale przynajmniej facet nie zgrywa "niefortunności semantycznej" tylko mówi, że faktycznie zachował się jak gnojek. Bardziej mimo wszystko doceniam ludzi, którzy popełniają błędy i mają odwagę się do nich przyznać, niż kryształowych "recenzentów", którzy jadą każdy niemal dobry film od góry do dołu skupiając swoje pochlebstwa na szmirach Almodovara. Po Apocalypto upewniłem się tylko, że jak coś jest kiepsko ocenione to powinienem koniecznie pójść, bo jeszcze przegapiłbym dobry film.
Czekam tylko aż Agnieszka Holland, nasza wspaniała reżyserka, obejrzy film i stwierdzi, że jest antysemicki....
P.S. Dzięki Qrdl za przeniesienie wątku - z tych emocyi się zapomniałem
