Jako że niewiele się dzieje w temacie, wrzucam fajny kawałek

Dwadzieścia lat temu, wyobrażałem sobie iż może kiedyś, przy odrobinie szczęścia zobaczę Piramidę słońca. Kiedyś tam. Z pomocą odrobiny nieszczęścia w globalnym ujęciu, właśnie spoglądałem na świątynie Pierzastego Węża Quetzalcoatla, który to osobiście stał pół metra dalej, przestępując niepewnie z nogi na nogę. Całkiem po ludzku.
- To tutaj, Mieciu? – zapytałem.
- Tak, na pewno tutaj. Wypaliłem dół, schowałem w nim towar, przywaliłem ziemią, a na koniec kazałem zbudować coś z kamienia na tym. Zbudowali piramidę, jak zawsze zresztą. W waszym przypadku to chyba jedyna pewna rzecz...
- Mietek, nie przeginaj. Głęboko to siedzi?
- Pięć razy mój wzrost, jak sięgam pamięcią. O tam, przy krawędzi.
Zdrowo walnęło. Narożnik świątyni Mietka Szaraka zabębnił po pancerzach.
- Siedem metrów głębokości. Do centymetra. Pusto - zameldował Pałyska.
Mietek wyraźnie się zmieszał.
- Hmm... Nikt nie dałby rady tego wyciągnąć niepostrzeżenie. Błysk było być widać na obu kontynentach – głośno myślał.
- Mietek… - zacząłem.
- Wiesz co? Pomyliłem się – wszedł mi stanowczo w słowo. - To nie ta piramida, tylko jedna z tych mniejszych, o tam. Pierwsza od lewej. Potem z jakiegoś powodu wybudowali jeszcze trzy kolejne. Tą zbudowali później, po tym jak się uniosłem z powodu zamordo...
Zdążyłem zablokować uzbrojenie Wierzbowskiego, ale dużo nie brakowało.
- Mieczysław. Właśnie wywaliliśmy w powietrze kawałek najcenniejszego zabytku Ameryki środkowej. Dobrze, mogło się zdarzyć. Teraz sugerujesz, iż mamy poddać modyfikacji kolejną piramidę, którą kazałeś zbudować w ramach zabawy w boga, półtora tysiąca lat temu. Zwracam uwagę na fakt, iż możemy wszyscy jak jeden wylądować w podobnym habitacie do tego, w którym mieszkałeś na początku swojej przygody z planetą Ziemia. To z kolei oznacza, że nikt nie będzie się z tobą pierdolił jak nas zamkną, co pozwala mi wyrazić przypuszczenie, iż bez ceregieli Cię odstrzelą. A zgodzisz się, że byłoby szkoda. Tak więc, gorąco nalegam abyś lepiej, do kurwy nędzy, przypomniał sobie gdzie dokładnie schowałeś swoją kontrabandę.
Spojrzenie mordowanej łani. Takiej z siedmiocentymetrowymi, czarnymi jak kosmos, oczyma.
- Pod tą mniejszą. Jestem pewien.
- Staszek, Witek... – Zacząłem.
- Tajest, dwanaście kilo powinno wystarczyć.
To naprawdę miłe uczucie, mieć świadomość że współpracuje się z profesjonalistami.
Kolejna bezcenna piramida zamieniła się w pięciokąt. Nieforemny.
Odłamki bloków skalnych mozolnie obrobionych wieki temu, zabębniły po pancerzach.
Zanim opadł tuman kurzu, zdarzyło się coś co przynajmniej teoretycznie, nie miało się prawa zdarzyć.
Ale po kolei.
Jako że zrzut był, jakby to powiedzieć, nie do końca autoryzowany przez kogokolwiek poza mną, nie mieliśmy pełnego wsparcia informacyjnego.
Tak, po prawdzie nie mieliśmy żadnego wsparcia informacyjnego.
I właśnie w tym momencie, urosło to do rangi problemu.
Takiego o średnicy trzydziestu metrów, buczącego i strzelającego wyładowaniami elektrostatycznymi, emanującego paskudnym fioletowym światłem i zdecydowanie kierującego się dokładnie we mnie.
- O Przenajświętsza Panienko – całkiem poważnie wyjęczał Mieczysław.
W innych okolicznościach uznałbym to za odrobinę surrealistyczny, aczkolwiek świetny żart.
Cała nowoczesna i wspaniała technologia poszła w odstawkę. Kontrolę przejął sprawdzony i niezawodny instynkt samozachowawczy.
Złapałem Mietka w pół i rzuciłem się do przegrupowania na z góry upatrzone pozycje.
Czyli przed siebie.
Z obłędem w oczach.
- Chodu !!! – wrzasnąłem.
- Ej, kurwa – ze stoickim spokojem zaprotestował Mieczysław.
Chłopaki znowu mnie pozytywnie zaskoczyli.
Rozbiegli się we wszystkie strony jak stado Surykatek.
Bardzo fortunnie, zresztą. Gdyż ponieważ, wspomniane trzydzieści metrów, świecące na fioletowo otworzyło dosyć skoncentrowany ogień o dużej gęstości, że zagadam jak Trep.
Wszystko się pali wokół, ja wykonuje dziesięciometrowe skoki z Mietkiem pod pachą, Mietek się drze, Wierzbowski się drze, ja się drę, a dla odmiany oba Zientki zupełnie spokojnie otwierają ogień ze wszystkiego do świecących na fioletowo, morderczych trzydziestu metrów, stojąc w epicentrum zamieszania.
Jak mówię ze wszystkiego, to mam na myśli trzynastokilogramową salwę sekundową na pancerz wspomagany, sztuk jeden.
W sumie dwadzieścia sześć kilogramów materiału o bardzo poważnej energii kinetycznej, precyzyjnie skupionego w jednym punkcie.
Pozaziemska technologia nie wytrzymała tej próby.
Nie wytrzymała. Spektakularnie.
Niski dźwięk napędu.
Załamuje się.
Fioletowe światło zmienia barwę na ciemno-czerwoną, ułamek sekundy później gaśnie, a spodek w formie bezwładnej masy wali w środek polanki.
I rzecz jasna wybucha.
Takim zwykłym, chemicznym sposobem. Na szczęście, bo podświadomie oczekiwałem radosnego błysku termonuklearnej fuzji. Albo rozpadu jądrowego. Dla nas w gruncie rzeczy bez znaczenia.
Kawałek blachy śmiga mi koło głowy.
Precyzyjnie ścina kilka krzaczków, po czym trafia w jakiś kamienny ołtarzyk Azteków, Majów albo innych Olmeków, tak do końca nie jestem pewien których.
Tym razem ziemska technologia obróbki kamienia sprzed kilku setek lat nie wytrzymała konfrontacji z resztkami pozaziemskiej technologii.
Równie spektakularnie.
- Xipe Totec! – Wrzasnął Mieczysław, gdzieś z okolicy lewego łokcia.
- No, i ..? – Wierzbowski.
- Ty pierdolona, durna pół-małpo z próbówki. To Xipe Totec! Nasz Pan!
O lala. Jak na standardy mietkowe, to była cięta riposta bijąca w przedbiegach osiągnięcia Wujka Staszka. Mistrza ciętej riposty.
- Chyba wa... – zaczął Stasiu.
Dokończyć nie zdążył.
Nie zdążył, gdyż zniknął w błysku fioletowo-białego światła.
Link ciągle aktywny, telemetria jest. Znakiem tego Wierzbowski żyje.
Przeciwpancerny-kumuacyjny do granatnika pod karabinem.
Ładunki dymne, lewy naramienny wyrzutnik.
Prawy naramienny wyrzutnik, ładunki EMP.
Tysiąc dwieście milisekund do załadowania.
Za długo.
Srebrno-czarny XipeTotolotek, obraca się czołowym profilem w moim kierunku.
Dziękuje, kolego.
Właśnie popełniłeś drugi błąd.
Pierwszym było to, że tu przyleciałeś.