Jawohl.
Wrzucam Wam kolejny kawałek, gdzie znowu biją chłopaków.
Huk, potężne uderzenie w głowę, potem następne, gdy hełm odbija się od podłużnicy kadłuba. Kolejne łupnięcie, szum powietrza... Nie, to szum ognia. Alarmy w polu widzenia.
Głos pilota:
- Dorwał nas. Trzymajcie się. Sorry chłopaki, ja wysiadam.
Dotykam ręką hełmu, wyczuwam paskudne odkształcenia. Uderzenie o podłużnice byłoby za słabe by tak uszkodzić hełm, znakiem tego dostałem z działka elektromagnetycznego prosto w głowę. Chyba zacznę grać w totka.
Ryk napędu fotela. Biały dym w sekundę wypełnia przedział, dusząc szalejące płomienie.
Kierowca jeż już bezpieczny w swoim fotelu K-36. Teraz pora na nas.
Seria niezbyt głośnych detonacji. Odpadają silniki i skrzydła, pozostaje solidny owalno-cylindryczny przedział desantu.
Zadziałało, najwyraźniej, ktoś ma nas w opiece.
Szybko konfiguruję opcję ratunkowe – otwarcie spadochronu pilotującego na ośmiuset metrach, spadochronu głównego na czterystu, odpalenie rakiet hamujących na dwudziestu. Strzelanie do spadochronów to wbrew obiegowym opinią, nie było domeną nazistów. Tak robią wszyscy i zawsze, niezależnie od narodowości i jak niedawno się okazało od planety macierzystej również stąd też pomysł na niestandardowe warunki. Hamowanie będzie paskudne.
W przedziale dopala się resztka paliwa, które przelało się tu w chwili trafienia. Jest już prawie czterysta stopni, za chwile z pancerzy popłynie warstwa kamuflażu. Tysiąc sześćset metrów. Temperatura zaczyna opadać.
Nowi sparaliżowani strachem, Wierzbowski… nie zdenerwowany, tylko wściekły.
Pałyska. Pałyska najwyraźniej uważa, że sprawa go nie dotyczy. W sumie jakaś metoda to jest, nie powiem. Wściekłe Zientki lekko wystraszone. Hollyfield, stan gotowości.
Cicha detonacja, lekkie szarpnięcie ustawiające nas w pionie. Karuzela.
- Będę rzygał... – z niezwykłym spokojem oświadcza Hollyfield. Rzyganie w hermetycznym chełmie to wyjątkowo paskudna sprawa. System podtrzymania życia może w najgorszym przypadku podać tlen bezpośrednio do krwiobiegu, tyle że nie zawsze zdąży.
- Sierżanci nie rzygają – uprzedził mnie Junior.
Głośniejsza detonacja, gwałtowne hamowanie, ryk rakietowych spowalniaczy. Swobodny koniec przedziału podtrzymywany ciągiem boosterów zawisa metr nad ziemią, drugi koniec wali ciężko o grunt. Boostery wypalają się i przedział osiada.
Szybko przeglądam mapę taktyczną. Czerwono od Obcych. Pilot sobie nie poradzi bez nas.
Niedobrze.
Trzeba grać kartami, które dostaliśmy. Odpinam zaczep transportowy.
Przedział zdeformowany, rampa ładunkowa wtłoczona w swoje obramowanie. Nie warto nawet próbować awaryjnego otwierania.
- Panowie, troszkę się spóźnimy dzisiaj na kolację. Wysiadamy z hukiem, zanim nas usmażą. - Powiedziałem otwierając ogień w mocowania zawiasów rampy.
Sekundę później Wierzbowski kopniakiem wybija ją z kadłuba. Przez wrota ładunkowe widzę jakieś niskie krzaki i spaloną słońcem trawę. Leżymy w poprzek zbocza o łagodnym spadku.
Kilkaset metrów dalej stadko naszych dobrych znajomych, roboty kroczące w asyście ichniej piechoty. Poruszają się szeroką tyralierą. Nawet się nie próbują maskować.
Błąd.
Z pewną nonszalancją, ręcznie, Pałyska rzucił dwa ładunki dymne, a gentlemani z pierwszej sekcji odpalili z dziesięć granatów z zapalnikami uzbrojonymi w trybie detekcji ruchu.
Zadziałało perfekcyjnie. W sekundę okolicę spowił paskudny biały dym, blokujący podczerwień oraz fale radarowe. Po chwili łupnął pierwszy granat, potem drugi i trzeci.
Po trzeciej eksplozji rozległ się koszmarny wrzask. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Najwyraźniej ta oczywista mądrość ludowa ma ograniczony zasięg. Do trzeciej planety Układu Słonecznego.
- Ex-fill. Pięć sekund terroru ogniowego. Jazda – zakomenderowałem.
Pałyska wyskoczył przez dziurę, za nim Wierzbowski klnąc jak szewc. Wspomniał coś o rzyganiu, dziurach w grodziach i zasranych Obcych. Nieistotne w gruncie rzeczy. Kiedyś sobie ustawię filtr na taki wzorzec emocjonalny w komunikacji. Na obecnym etapie, wciąż mnie to bawi.
Nie wdając się w szczegóły proceduralne obaj otworzyli ogień. Za nimi pierwsza sekcja, rozsiewając granaty w skomplikowanej sekwencji, wyznaczonej przez wspomaganie taktyczne.
Potem dostojnie wyszedłem ja, a za mną trójeczka. Cóż, w tym konkretnym przypadku byłem dowódcą klasy „Naprzód”, a nie „Za mną”. Zdarza się.
Obcy jakby trochę się ogarnęli, błyski laserów zaczęły przebijać się przez mgłę w nieprzyjemnej bliskości.
Miało to pozytywne konsekwencje - pozwoliło określić wektor koncentracji nieprzyjaciela z dokładnością co do minuty kątowej. A to z kolei miało negatywne konsekwencje.
Dla Obcych.
Szybko przeglądam mapę okolicy, wyznaczam ogólny kierunek w stronę, gdzie występują największe różnice wysokości terenu, musimy się tam dostać zanim się ogarną na dobre, bo nas upieką tymi swoimi laserami. Ustawiam markery i wydaje komendę:
- Sekcja trzecia za mną, Pałyska, Wierzbowski ubezpieczenie kolumny, Sekcja druga zabezpieczenie prawej flanki.
Czyli klinem. Trzecia sekcja to nowi. Bracia. Wściekłe Zientki, jak ich ktoś określił
To, że ich lubię nie zmienia faktu, że im nie ufam. Niechętnie rozdzielam się z Wierzbowskim.
- Hollyfield, jak to wygląda, co dostaniemy?
- Dostaniemy w pizdę, Panie Kapitanie. O ile się nie pospieszą. Na razie proponują cztery minuty do wsparcia ogniowego i dwanaście minut do ekstrakcji. Komunikacja pada.
Ekstrakcji.
Zęba, kurwa. Bardziej wszystkich, jeśli się przyjrzeć głębiej sytuacji.
Jakby było mniej przesrane i więcej czasu to bym zapytał, czy zna polski odpowiednik tego słowa.
Cały czas w tle ryczy broń HAASMów. Nie jest to już ogień ciągły, tylko gęste, ale krótkie serie. Mierzone. Dzięki mocniejszym sensorom mają znacznie większą świadomość sytuacyjną niż pozostali członkowie drużyny. Nie korzystam z tych danych, bo wiem doskonale na ile dodatkowa komunikacja obciąży procesory ich pancerzy.
Na to nas nie stać w tej chwili. Muszą dysponować pełną mocą obliczeniową by prowadzić ogień uzupełniający w czasie rzeczywistym.
Ruszamy truchtem, tak by trawersem minąć szczyt zbocza.
Tu się coś dopisze

Ostatnie trzydzieści metrów zbocza pokonuje na plecach, ryjąc w miękkiej ziemi całkiem niezły tor saneczkowy.
Sieć komunikacyjna dalej coś nie bardzo działa. Tylko link taktyczny i to nie najszybciej. Obrona orbitalna dorwała coś większego, albo ktoś zdetonował sporego grzyba nad atmosferą, a szalejące burze plazmowe głuszą wszystkie pasma komunikacyjne.
Zbocze kończy się w przydrożnym rowie.
Ograniczmy się do stwierdzenia iż hamowanie było równie nieprzyjemne, co gwałtowne.
Młody Zientek leci głową naprzód w stojącą wodę.
- ...
Witek podnosi się z kolan, na których pokonał zbocze. Całkiem skuteczna metoda. Chłodzenie jego pancerza zaciągnęło zalegające w rowie błoto. Wyrzuca na boki strumienie pary wodnej zmieszanej z wodą i kawałkami trawy.
No fajnie.
Hollyfield, jak to Hollyfield, krótko melduje w drugowojennym stylu.
- Godzina 11, odległość 120, zestaw przeciwlotniczy.
Istotnie, nieopodal drogi, w szczerym polu stoi sobie Szyłka. Stop. To nie Szyłka, tylko Biała, a dwóch panów rozpaczliwie przepycha się przez włazy.
Kręcę dłonią kilka młynków nad głową, potem wskazuję Szyłkę. Ruszamy truchtem w szyku prostym.
Trzeba szybko cos wymyślić, nowi znajomi zapewne już są całkiem blisko. Szyłka nie dymi z rur wydechowych, więc nie wygarną do nas.
Problem się rozwiązuje, panowie powodowani ciekawością zeskakują z wozu. Jeden trzyma Glauberyta wzdluż uda. Po co? Nie mam pojęcia.
Rozlega się sceniczny szept.
- Ale wielkie skurwysyny, co nie?
- No. Patrz na tych dwóch.
- Co oni tak syczą...
Syczą bo farfocle z chłodnic trzeba wydmuchać.
Czas ukrócić te zachwyty. Zewnętrzne audio.
- Kapitan Tarnawski, Korpus Piechoty Opancerzonej.
- Starszy Sierżant Tomaszewski, Obrona terytorialna.
Mocno starszy, bym powiedział.
- Status zestawu, sierżancie.
- Znaczy się, panie kapitanie, co?
- Jeździ? Dymi? Strzela?
Bez słowa wskazuje koło napędowe. Gąsienica na zakładkę, zawinięta o koło, wciśnięta między pokrzywione rolki
- Pięknie
- Uzbrojenie, sprawne. Panie kapitanie.
- To odpalajcie, bo za chwile będzie potrzebne.
Mocno starszy sierżant krzyknął w stronę wieży:
- Januszku, repetuj maszynkę. Gości nam powitać trzeba.
Syk pneumatycznego rozrusznika, stary ale potężny diesel z miejsca wkręca się na obroty, wyrzucając chmurę błękitnego dymu zmieszanego z kroplami oleju. Dym poleciał dalej, krople osiadły na mnie. Trudno. Po chwili do ryku silnika dołączył gwizd turbiny gazowej, napędzającej generatory.
Z wizgiem, czworokątna wieża skierowała się w stronę zbocza, lufy opadły w pozycję zero, by po chwili rozpocząć rysowanie delikatnych, niespiesznych ósemek w powietrzu.
Ci panowie, mimo słabego pierwszego wrażenia, najwyraźniej znali się na rzeczy.