Clint Clintem - on samowładnie filmu nie nakręci. I tu zaczynają się schody.
Po pierwsze jest to film jak najbardziej wojenny. A więc nie obejdzie się chyba bez pomocy wojska (sprzęt z demobilu, konsultacja, "błogosławieństwo"). A wojsku może się nie spodobać, jeśli film nie będzie odpowiednio mocno akcentował umiłowania do amerykańskiej Ojczyzny ("Amee-ricaaa, Amee-ricaa,...") i gloryfikował Jedynie Słusznej Be Sure Siejącej Pokój Gdzie Popadnie Niezwyciężonej Armii Amerykańskiej Hu-Haa!
Być może przyjdzie im zrezygnować wtedy z pomocy armii, co udawało się już niektórym twórcom przy okazji "przyćpanych filmów o Vietnamie" (określenie moje), jednakże może to oznaczać większe koszta, a wtedy kochane kapitalistyczne studio filmowe powie panu Clintowi "no way, pal".
Enyłej życzę powodzenia panu Eastwoodowi, do którego żywię niejako sympatię - trzymaj się zdrowo staruszku i pokaż tym młokosom "who's the man"
