Dziatwo ma.
Panuje tutaj zastój i stagnacja. Atmosfera dobrze wykonanego grobowca.
Otóż, przez pewien czas skupiłem się na rzeczach mało związanych z lotnictwem. Efektem tego skupienia jest Korpus Piechoty Opancerzonej Wojska Polskiego, czyli opowieść o tym jak uratowaliśmy Ziemię.
#skromność #bezatencji
Napisane jest ... No, dobrze jest napisane lol
Rzecz się dzieje w 2021 roku, Źli kosmici napadli na bezbronną Ziemię. Bohaterem jest kapitan Bo... kapitan Tarnawski, dowodzący drużyną pancerzy wspomaganych Rytheon Turrican Mk.2, sterowanych interfejsem neuronowym, czyli podpinamy pancerz w miejsce ciała.
Szeregowy/kapral Wierzbowski, postać drugoplanowa, operator pancerza klasy HAASM, najwyższy współczynni korelacji pojęciowo-emocjonalnej względem Tarnawskiego. Trochę dresiarz z charakteru.
Katarzyna, siostrzenica generała Jastrzębskiego, szefa korpusu. Femme fatale Tarnawskiego
Mieczysław Szarak. Aztecki bóg, obcy renegat. Je szpinak, nie lubi psów, namiętny wielbiciel discovery i papierosów marki Chesterfield.
Całość, licząca 200 stron jest zasadniczo gotowa. Zawaliłem raz termin i sie nie ukazało

,a nie chce ebooka, tylko paperbooka.
Poniżej scenka rodzajowa.
Walenie w drzwi. Tak anonsują się zazwyczaj kłopoty.
Kłopoty nie używają dzwonka.
Nie pomyliłem się, za drzwiami stała żandarmeria.
Starszy kapral z kapralem. Głupi, głupszy. Nie tracili czasu.
- Panie kapitanie, Pan pozwoli za mną.
- O co chodzi, kapralu? – powolutku wycedziłem, że użyję takiego określenia.
Wycedziłem, ponieważ równolegle robiłem rachunek sumienia. A to chwilę trwa.
- Pan chorąży…
Pan chorąży. Chorąży zawsze zdąży.
Jak pan chorąży, to nie jest źle.
- Dobra, co się dzieje? Zakładam, że coś ważnego, skoro pan chorąży sztabowy was tu przysłał – dosyć mocno zaakcentowałem stopień. Zawsze to ich trochę zmiękczy.
- Panie kapitanie. Dwa słowa. Wierzbowski, Pałyska.
Jestem łagodną falą na oceanie spokoju. Jestem górą. Góra niewzruszenie trwa.
Dwa słowa. Wierzbowski, Pałyska. W moim osobistym słowniku synonimów od dawna figurują pod hasłem „wrzód na dupie”.
Kiwnąłem głową dwa razy, naciągnąłem czapkę. Chciało mi się westchnąć. Oficer nie wzdycha, więc się powstrzymałem.
- Chodźmy.
Nie musiałem pytać czy jest bardzo źle.
Bardzo źle to ustawienie fabryczne tego duetu. Panowie poza kolekcją żołnierskich cnót, posiadali pewną dobrze skrywaną, w ich mniemaniu, słabostkę.
Słabostka ta nazywa gwoźdź, i zawiera około ośmiu procent alkoholu etylowego.
Gwoli wyjaśnienia, nie biegłem na miejsce zdarzenia by cokolwiek załatwiać drogami pozasłużbowymi. Skurwysyny odsiedzą albo odstoją tym razem, co się należy.
Biegłem, aby zapobiec eskalacji przemocy, która zapewne już się działa, a która niechybnie doprowadzi do tego, że obaj dostaną porządnie po łbach.
Obiektywnie rzecz biorąc, byłoby to całkiem niezłe rozwiązanie. W innych okolicznościach. Problem polega na tym, że dobry podbródkowy może uszkodzić któreś z kilkuset połączeń implantów z układem nerwowym operatora, uziemiając go na czas, którego najprawdopodobniej nie będziemy mieć.
Dostojnie wkroczyłem na salę, poważnie zaniepokojony panującą ciszą.
Zdębiałem. To mało powiedziane.
Pan kapral oraz pan szeregowy ledwo siedzieli. Przy stoliku zalanym resztkami gwoździa był jeszcze ktoś trzeci. Również mocno skaleczony wspomnianym gwoździem, mierząc ludzką miarą. Dosyć sprawnie snuł monolog.
- ... i wiesz so? Przynieśli mi zamordowane zwierze... że niby mam je zjeść... i sprowadzić deszcz czy coś tam. Zwierze Roz...ujiesz? Zamordowane. Trochę się unio... uniosłem wtedy.
- Dlaszego?
- Co, kurwa dlaczego...?
- Dlaszego... się uniosłeś ?
- Wiedzieli... mówi...łem, że...nie jem mięsa. Chyba nawet kazałem to ...gdzieś narysow... ać. Na kamieniu.
- Łżesz... jak pies, szary sukin... synu.
- Ty, nie po nazwisku... Bo, bo w ryj.
Nie wierzę. To się nie dzieje naprawdę. Duet spatologizował kosmitę. W godzinę.
Mały, szary padalec żrący szpinak. Zrobił te swoje wielkie czarne oczy, nawiał Magdzie i znalazł sobie kumpli. Albo kumple znaleźli jego. Bez znaczenia.
Trzeba było go rozwalić, a nie robić eksperymenty.
Oficer musi podejmować trafne decyzje w warunkach niedoczasu i stresu. Pora się popisać tą umiejętnością.
- Kapralu, zawijajcie ich. Szarego do habitatu, bez zieleniny i wody przez dwadzieścia cztery godziny. Nic mu się nie ma przytrafiać, zrozumieliście? Ma tylko doświadczyć porządnego, ziemskiego kaca. Panom żołnierzom, już nie koniecznie ma się nic nie przytrafić. Byle tylko nie w głowę.
- Tak jest.
- Aha, kapralu.
- Panie kapitanie?
- Nie widzieliście tutaj żadnego ET, żadnego nawalonego jak Messerschmitt, ET. Interweniowaliście z powodu złamania regulaminu pełnienia służby przez żołnierzy pierwszej drużyny, pierwszego i tak dalej. Tylko i wyłącznie.
Obaj się szeroko uśmiechnęli.
- Tak jest, panie kapitanie.
Magia „Pięści Przeznaczenia”. Właśnie się zadziała.
Magia legendarnej, pierwszej drużyny pancerzy wspomaganych, dowodzonej przez kontraktowego pół-cywila w stopniu kapitana. Czyli mnie.
Miło widzieć, że coś w tym burdelu jeszcze działa tak jak powinno.
Najdziwniejsze w całym zdarzeniu było to, że cała trójeczka potulnie podążyła za żandarmami. Mietka jeszcze jestem w stanie zrozumieć, bo pewnie nie miał pojęcia, co się dzieje.
Puk, puk.
Proszę.
Drzwi się otworzyły, a synowie marnotrawni przekroczyli próg.
- Panie kapitanie, kapral Wierzbowski, szeregowy Pałyska meldują się... No, do raportu.
O! W ten sposób chcecie to rozegrać. Dobrze, grajmy.
Wstałem. Przekrzywiłem w zaciekawieniu głowę, uśmiechnąłem się po rosyjsku i zacząłem. Zły oficer, zestaw startowy.
- Wy tępe kutasy. Gówno mnie obchodzi, co macie mi do powiedzenia. Zebranie sądu wojennego o ósmej, wykonanie wyroku o ósmej pięć. – przedobrzyłem. Ewidentnie.
- Panie...
- Stul pysk Wierzbowski.
- Tak jest.
Bezczelnie się cieszyli. Oczywiście nie dali poznać tego po sobie. Potrzymałem ich chwilę na baczność.
- Wierzbowski. Powiedz mi jak bardzo trzeba być durnym, żeby się ochlać na kompanii? Że nie wspomnę o pierdolonym ET, którego tam nie powinno być.
- Nie mamy nic na swoje usprawiedliwienie.
- Nie wkurwiaj mnie ponad niezbędne minimum, proszę. Zamieniam przepustki na służbę wartowniczą. Proszę powiadomić oficera dyżurnego. Spocznij. Siad na dupie.
Rozkaz został wykonany perfekcyjnie.
- Skąd wzięliście Mietka?
- Magda poprosiła nas żebyśmy go chwilę popilnowali, gdzieś chciała się urwać.
Zakłuło delikatnie. Od rozstania minęło już na tyle dużo czasu by przestało boleć, niemniej jednak zakłuło. Doskonale wiedziałem... Nieważne.
- No i ?
- Mietek jak zwykle sępił fajki. Poszliśmy do kantyny bo się skończyły, wzięliśmy po piwie. Mietek koniecznie chciał spróbować, to daliśmy mu.
- A jak by po tym wykorkował?
- Jak mu dawałeś pierwszego papierosa, jakoś o tym nie pomyślałeś.
- Nie bądźcie bezczelni Wierzbowski. Kontynuujcie.
- No więc wypiliśmy po piwie. Mieliśmy jeszcze trochę gwoździa. No, resztę znasz.
- Okazało się że Szary ma lepszą głowę od was, co?
- Na to wygląda. Ale to nieważne. On jest inny. Słuchaj, ciekawe rzeczy mówił, tylko się nie śmiej. Mówił że był bogiem. Dawno temu. W Ameryce. Zrobił coś, co nie było na rękę jego współziomkom. Na wszelki wypadek schował sobie jakieś rzeczy, żeby nie być uzależnionym od ich reakcji. Jak to określił. Więc pomyśleliśmy że dowiemy się więcej. Wiesz, kielichy na krew ze złota, i takie tam różne...