I więcej czytam i gejmplejów oglądam, tym bardziej się cieszę, że nie kupiłem. A blisko było. Wygląda to zaskakująco średnio i w zasadzie wszystko opiera się na loading screenach. Znów troszkę (wcale nie specjalnie), jak w przypadku CP2077 twórcy zostawili sporo w domyśle i dla wyobraźni graczy, co to tam nie będzie się działo i jakie to mechaniki nie będą zaimplementowane i jak to rozgrywka nie będzie wyglądać. A wyszło tak sobie. Znów mam wrażenie, że gry starsze o kilka lat (NMS, Star Citizen) są lata świetlne do przodu względem nowych produkcji.
Yoyo pytał o Star Citizena. Otóż Star Citizen to w zasadzie nie gra, ale takie tech demo do połażenia po statkach i planetach, w którym szwankuje i gliczuje w zasadzie wszystko (poza buttonem PAYPAL na stronie SC). ALE... to co się fenomenalnie udało Star Citizenowi, to poczucie swobody i (nie wiem jak to nazwać) płynności czasu i przestrzeni i przede wszystkim, najważniejsze, poczucie skali w skali planetarnej

. No nie wiem. Podchodzisz do stojącego w hangarze Herculesa, czy innej Andromedy. Ło kuźwa... jakie to wielkie bydle. Normalnie wzywasz windę, wchodzisz na pokład, idziesz na mostek/do kokpitu, siadasz, uruchamiasz, lecisz na orbitę (czego mi brakuje, to faktycznej mechaniki orbitalnej w SC, ale to marzenie ściętej głowy). Albo z niej wracasz. Widzisz planetę pokrytą chmurami, widzisz granicę gdzie kończy się atmosfera, Im niżej, tym więcej szczegółów, światło zaczyna się rozpraszać w atmosferze, gwiazdy znikają, aż zaczynasz rozróżniać poszczególne kamyczki.
Plus taki, że wzięło mnie porządnie na Skyrima. F4 odpuściłem, choć dużo młóciłem, ze względu na całkowicie mordujący immersję i kompletnie nielogiczny zwrot fabularny na późniejszym etapie gry.