Szanowni Koledzy,
Zaznaczam, że nigdy nie uczestniczyłem aktywnie w jakimkolwiek dywizjonie i nigdy nie opowiadałem się za jakąkolwiek ze stron, choć z obserwacji Forum problemy i "wojenki" światka iła są mi nieco znane, tak jak mogą być znane obserwatorowi z zewnątrz.
Przejdzmy do rzeczy.
1. Odnoszę wrażenie, że "film" stał się kartą przetargową w rękach osób, które go nie tworzą. Zabawna sytuacja, bo wytwarza się wrażenie, że ktoś może mieć np. "dojście" i wpłynąć na treść owego nieszczęsnego filmu, a co za tym idzie: rozgłos, gruppies i splendor bycia gwizdą TV. W mojej opinii jest to kompletna bzdura! Nie mamy do czynienia z autorem-amatorem dokumentalistą, tylko z profesjonalistą (zawodowcem), który dotychczas potrafił przeżyć na powierzchni w osobliwym, bagnistym środowisku różnej maści "filmowców" i dziennikarzy, gdzie walka idzie na noże, a to co pokazuje się na zewnątrz nijak się nie ma do walki o byt, która tam odchodzi. Czy wam się naprawdę wydaje, że zawodowiec zawraca sobie gitarę waszymi animozjami, osobistymi wycieczkami, etc.?! Czy jest to objaw waszej próżności, czy może naiwnej wiary w interakcję z twórcą dokumentu? A może niektórym się wydaje, że będą w wymiarze merytoryczo-ideologicznym przewodnikiem chętnego do nauki dokumentalisty? Koledzy, opamiętajcie się?! Zastanówcie się następnie czym temat o IL i światku Iła jest? POPIERDUŁKĄ, którą się puści w TV jako zapchaj dziurę, ew. jako wstęp do programu o łebkach zagrywających się nocami, co smuci, bo zapuszczają się w nauce. Człowiek robi film, bo żyje z tego, a wy się podniecacie jakby od tego zależały losy świata. Smutna prawda pewnie jest taka, że film ma tylko o tyle sens, o ile wypromuje jego twórcę, który przez to zyska kolejny element sławy/image, zapewniający ciągłość pracy, a przez to życia....
2. Dziecinadą jest próba wniknięcia w intencje autora, lub co gorsza, próba "nakierowywania na jedynie właściwy kierunek". Dzieło, jakiekolwiek by nie było, powinno bronić się samo i stanowić autonomię interpretacyjną. Dlatego jedynym sensownym wyjściem w tej chwili jest przyglądanie się pracy twórcy, a następnie ocenienie dzieła bez wnikania w czyjekolwiek intencje. Pomyślcie, kto za 10, 20 lat, będzie się zastanawiał jak to XY pultał się w inecie, o to, że to i tamto nie tak. Bez obrazy - obraz ma się sam bronić i mieć wartość bez odniesienia do akcydentalnej sytuacji.
A pozatym napiszcie do jakiegoś oszołoma typu Piospieszalski, Gery Springer, to może zrobią wam program... albo lepiej do "wybacz mi" - znam panią Maruszeczko, która to robi, mogę skontaktować.
pozdrawiam,
qrdl